Głucha, szumiąca cisza.

Przywykałem do mroku. Bezruch był tak wielki, że powoli ogarniała mnie senność. Znużone mięśnie chłonęły odpoczynek. Napracowałem się w ciągu ostatniej doby. Ani oka nie zmrużyłem. Odtaczałem gruz, przepychaliśmy pojazd przez rumowiska…

Ocknąłem się nagle z myślą, że mam coś zrobić: zmienić baterię w latarce. Już otrzeźwiały, powtórzyłem myśl i ogarnął mnie gniew. Postanowiłem wziąć się w cugle. Zamknąłem oczy, ułożyłem się możliwie wygodnie na płaskich głazach. Jestem w domu, jest ciemna październikowa noc. Chłodna, ale lubię spać przy otwartych oknach. Cisza, wiatr nawet zwisł w gałęziach ogrodu. O ósmej rano mam lecieć do Kairu. Do pierwszego świtu mogę spać.

Mówiłem tak sobie, ale to nie pomogło. Znów popatrzałem na zegarek. Za kwadrans siódma. Nagle przypomniałem sobie, jak Arseniewowi na imię. W ciągu ostatnich tygodni nie był mi tak bliski, jak w czasie podróży.

— Piotrze… — powiedziałem. Odezwał się natychmiast.

— Co?

— Nic — powiedziałem ciszej. — Chciałem wiedzieć, czy śpisz.

Tak minęła noc. Nad ranem usnąłem, lecz sen nie był wypoczynkiem. Zbudziłem się raptownie, czując, że stało się coś strasznego. Ręce uderzyły o zimną skałę. Było chłodno. Zapaliłem latarkę.

Arseniew leżał na wznak, ogromny. Szarawy kombinezon był zmięty i pokryty wapiennymi plamami. Nie spał. Popatrzył na mnie przez szkło hełmu.

— Jest piąta — powiedział — piąta rano.