— W nocy nic nie było słychać?

Wiedziałem, że jeśli nawet bada szukać, nie znajdą nas, ale spytałem.

— Nie. Arseniew wstał.

— Dokąd idziesz?

— Obejrzeć skałę.

Kroki rozbrzmiały słabnąc. Potem nastąpiła cisza. Trwała długo. Zawołałem. Kroki wróciły.

— Co się stało?

Nie odpowiedziałem. Gdy tak długo nie wracał, chwycił mnie lęk. W nieruchomym, okrągłym świetle wąski prześwit skalnego gardła aż do zakrętu. W górze wielkie, płaskie cienie jak zeschłe nietoperze. Odetchnąłem głębiej, wstałem i zacząłem chodzić w jedną i drugą stronę. Za którymś nawrotem odezwał się:

— Siadaj, męczysz się niepotrzebnie. Poza tym w ruchu zużywa się więcej powietrza.

— Chcę zużywać więcej! — powiedziałem. Jego spokój rozdrażniał mnie. Z trudem opanowałem się. Usiadłem.