— Wiesz, jak się sporządza oksylikwity; miesza się płynny tlen ze sproszkowanym węglem albo sadzą. Przy zapaleniu tlen łączy się wybuchowo z węglem. Cukier jest węglowodanem, jest w nim węgiel i wodór, jest palny; ten tutaj jest zupełnie miałki i sypki.

— To dlatego pytałeś mnie przedtem?

— Tak.

— I nic nie mówiłeś?!

Mocną ręką przyciągnął mnie do siebie.

— Posłuchaj. Obliczyłem, jak wielką siłę burzącą może rozwinąć ładunek, którym dysponujemy. Nie wiemy, na jakiej przestrzeni zapadł się strop. Jeżeli tylko w najwęższym miejscu, mamy szansę. Najmniej jest paliwa — cukru: tlenu posiadamy sporo, bo wzięliśmy podwójny zapas, wiec jeśli się uda, starczy go nam i na później, kiedy wyjdziemy. Jest jednak inna trudność. Taki ładunek, żeby wybuchnąć, musi być odpalony elektrycznie.

Skinąłem gorliwie głową. — Mamy baterię.

— Mamy baterię i dlatego oszczędzałem światła, ale brak nam kabla. To wszystko, co mamy — pokazał trzymetrowy kawał drutu. — Wydobyłem go z elektrometru. Ze skafandrów drutu nie wyjmiemy, bo nie możemy zdjąć hełmów, i dlatego…

Zatrzymał się na sekundę.

— Ktoś musi odpalić ładunki tam na miejscu.