— Mamy go — powiedział i dotknął butli mego aparatu tlenowego.
— Tlen…?!
— Tak, ciekły tlen. Poderwałem się, ale zaraz opadłem.
— Nie, to na nic, myślałem już o tym. Tlen sam nie wybucha! musi być zmieszany z jakimś palnym materiałem.
— Słusznie.
— Nie mamy nic takiego…
— Mamy.
— Co?
Wyciągnął z kieszeni dwie małe płaskie paczuszki; był to sprasowany cukier. Coś mi zaświtało.
— Piotrze!