— Daj rewolwer. Wszystko skończone.

— A wtedy…

— Wtedy była szansa, Piotrze, daj!

— Jest szansa.

— Nieprawda!

Nagle puścił mnie i odstąpił na krok.

— Chcesz mnie tu zostawić? — powiedział powoli, ogromny, z gigantycznym cieniem nad głową.

Coś mnie złapało za krtań z taką siłą, że ledwo mogłem oddychać. Przez chwilę łamałem się, jakby mną rzucały torsje. Potem pociekły łzy. Ukląkłem. Usiadł przy mnie, wielką, ciężką ręką otoczył moje plecy.

— No no… — mówił. — No no…

— Słuchaj — powiedziałem spokojnie — oni nie wiedzą, żeśmy zginęli. Zresztą i tak nigdy nas nie znajdą. Nie ma nadziei. Po co czekać? Gdybyśmy mieli materiał wybuchowy…