Gotowe ładunki wcisnęliśmy głęboko do otworów. Połączywszy wszystkie przewodem, Arseniew wyprowadził końce drutu w bok. Kiedy otwory zostały zamurowane okruchami i ugniecionym szlamem, Arseniew, przyciskając się do skały, powiedział:
— Staniesz tak. W ten sposób będziesz zasłonięty od czoła podmuchu. Dotkniesz drutu i padniesz na twarz. To wszystko.
Przez sekundę stał tuż przede mną, nieruchomy, nagle chwycił mnie w ramiona, z całej siły przycisnął do siebie i puścił tak nagle, jakby mnie chciał odtrącić. Kiedy kroki ucichły za zakrętem, podniosłem baterię.
Jeden biegun był już przyłączony. Przycisnąłem się z boku do skały, starając się jak najbardziej rozpłaszczyć.
— Uwaga! — krzyknąłem. — Już!
Maleńka iskierka przeskoczyła pod drutem. Rozżarzony młot uderzył mnie w piersi. Zdmuchnięty z gruntu, poleciałem w ryczącej chmurze ognia.
Załoga
Zbudziło mnie silne światło. Tuż nade mną palił się lustrzany jupiter. Leżałem na czymś chłodnym i miękkim. Chciałem osłonić oczy ręką, lecz coś ją trzymało.
— Spokojnie — powiedział jakiś głos.
W głowie przejaśniało się. Spojrzałem w bok. Tarland w białym płaszczu pochylał się nad wózkiem. Stały na nim szklane cylindry i aparaty. Światło błyskało w rurkach. Moja lewa ręka leżała na gumowej poduszeczce, w przedramieniu tkwiła igła, dochodził do niej gumowy wężyk. Przez szklaną rurkę, łączącą go z aparatem, biegł jasnoczerwony płyn. Czułem, jak w żyły wnika mrowiący, ciepły prąd.