— Nie masz do tego prawa!
— Nie mam prawa?
— Nie, i to podwójnie… po tym, co chciałem zrobić. Ja pójdę.
Arseniew wyjął z kieszeni pudełko zapałek i podał mi je.
— Jeśli liczba będzie parzysta — powiedział — ty pójdziesz, jeżeli nieparzysta — ja.
Zacząłem wykładać zapałki na kamień. Wyglądało to na zabawę: kładłem jedno białe drewienko obok drugiego, a wargi poruszały się licząc: osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście…
Ostatnia była siedemnastą.
— Puste — rzekł Arseniew.
Potrząsnąłem pudełkiem. Jeszcze jedna zapałka, która schowała się pod wieczkiem, stoczyła się po powierzchni głazu i upadła na grunt.
Arseniew odwrócił się i ułamanym kilofem czekana zaczął rozdrabniać cukier; wysypywał go na kartki z notatnika, które posłużyły do skręcania tutek. Potem w zupełnym milczeniu podważyliśmy nożem pociski rewolwerowe wysypując proch z łusek. Poszliśmy korytarzem do miejsca obwału. Arseniew oznaczył pięć szczelin między głazami, które rozwierałem dziobem czekana, a on tymczasem nalewał tlen do tutek. Prawie bezbarwny, bladoniebieski płyn syczał i wrzał cieknąc wąską strużką. Tutki, zrazu miękkie, stały się twarde jak kamień; gdyby nie to, że mieliśmy rękawice, nie można by ich wziąć do ręki, ale i przez tkaninę parzyły dłoń straszliwym chłodem.