— Nie, to szkliwo barowo — sodowe, nie mające nic wspólnego z lucytem. Świeci, bo zostało napromieniowane w chwili wybuchu — mówił Rainer, wyraźnie zadowolony, że może mi tak dokładnie odpowiedzieć.
— Wybuch? A prawda… ten krater — powiedziałem — słuchajcie…
Tarland przerwał mi.
— Nie wolno panu mówić. Mamy czas, dowie się pan wszystkiego.
Wyprosił obu uczonych z kajuty. Słyszałem, jak w drzwiach powiedział coś o wstrząsie mózgu i o tym, że nie wolno mi przeżywać żadnych wzruszeń.
— Ale co było dalej? — protestowałem słabo, gdy wrócił. — Czy przejście się otworzyło?
Tarland wziął mnie za puls.
— Profesor Arseniew wywiódł pana z ciemności na światło, a ja — stworzyłem pana od nowa.
Uśmiechał się. Chciałem spytać o coś jeszcze, ale wszystko zmieszało się, splątało, popłynęło gdzieś daleko. Zobaczyłem niebieskie niebo… ptaki śpiewały… Zasnąłem.
Długo trwało, zanim z oględnych rozmów, które wciąż przerywał czuwający nade mną Tarland, dowiedziałem się, jak Arseniew wyniósł mnie spod ziemi, kiedy chodnik stanął otworem, jak usiłował uszczelnić rozdarcia mego skafandra, jak w pewnej chwili wydało mu się, że jestem w agonii, jak potem zjawiła się przywołana rakietami gąsienicówka i zawiozła nas do Kosmokratora.