Nieprzytomnego, zaczadzonego trującą atmosferą, która wnikła poprzez rozdarcia skafandra, z popękanymi żebrami, wziął mnie biolog na stół operacyjny. Upłynęło trzydzieści godzin, zanim po raz pierwszy otworzyłem oczy. Potem jednak zacząłem szybko przychodzić do zdrowia, spałem niemal okrągłą dobę, budząc się z wilczym apetytem, kiedy nadchodziła pora posiłku. Gdy zacząłem wstawać, Tarland zalecił mi oddychanie sztucznym powietrzem górskim i naświetlanie lampa kwarcową. Wciąż nie wolno mi było pytać towarzyszy o martwe miasto i mieszkańców Wenery. Biolog motywował to tym, że przeszedłem wstrząs mózgu i powinienem unikać wzruszeń. Daremnie tłumaczyłem mu, że nie zaspokojona ciekawość jest wzruszeniem bardzo silnym. W odpowiedzi radził mi przebywać w Centrali, przy wielkich ekranach, gdyż uważał, że w okresie rekonwalescencji nie ma nic bardziej uspokajającego od widoku gwiaździstego nieba. Po moim wypadku Kosmokrator krążył jeszcze przez sześć dni nad planetą, po czym oddaliwszy się od niej spiralą o rozciągniętych zwojach, zawrócił ku Ziemi.

Oczywista, że oglądanie gwiazd wcale mnie nie uspokajało, a już na pewno nie mogło ugasić głodu wiadomości. Poty molestowałem Tarlanda, aż wreszcie w trzecim dniu podróży, kiedy wyjmował mi szwy z zasklepionych ran, tak przyparłem go do muru, że zdecydował, iż mogę dowiedzieć się wszystkiego.

Uczeni pracowali w kabinie Maraxa. Przez jakiś czas chodziłem po korytarzu. W tym dniu rano wyłączono silniki i rakieta leciała dzięki przyciągającej sile Słońca. Panowała cisza tak absolutna, jakby wyjęta z wieczności. Kiedy wszedłem do środka, uczeni stali przy centralnym pulpicie Maraxa. Górne światła były przygaszone; ludzie rysowali się ciemnymi sylwetkami na tle zielonkawego jarzenia ekranów. Jednostajnie szumiały elektromotory. Z głębi Maraxa wywalały się kłęby metalowego drutu, biegły po żłobkowanych płytach ku elektromagnesom i nawijały się z powrotem na szpule zawieszone na statywach. Czandrasekar przerzucił dźwignię. Koniec ostatniego drutu wił się przez chwilę na śliskiej płycie pulpitu jak metalowy robak, zadygotał i znikł w nawojnicy. Pomruk prądów ścichł. Wszystkie ekrany powlekała szarość, w której topniało znieruchomiałe rojowisko zielonych hieroglifów. Zapłonęła okrągła rura podsufitowa.

Arseniew przeszedł się po kabinie, grzbietem ręki potarł czoło, przystanął i spojrzał mi w oczy.

— Chcesz wiedzieć?

Skinąłem głową.

— Nie jest łatwo złożyć z ocalałych fragmentów historię obcego gatunku… zwłaszcza kiedy to jest historia zagłady…

Ostatni brzask, tlejący na ekranach, przepadł. Stały teraz kręgi szare i martwe.

— Kroniki, które posiadamy, obejmują urywkami okres stu osiemdziesięciu lat. Pierwszy zrozumiały ustęp zawiera plan inwazji na Ziemię. Początkowo sądziłem, że opanowanie Ziemi było dla nich spełnieniem mitu religijnego i że symbolem jego był wizerunek dwu kół przekreślonych prostą, który spotykaliśmy w ruinach, ale kroniki ukazują obraz całkowicie odmienny. Planetę zamieszkiwał gatunek istot obliczających. Półtora wieku temu, kiedy przystąpiły do realizacji planu, rozważyły, czy ludzie mogą im do czegoś posłużyć, liznąwszy, że nie zdadzą się na nic, postanowiły nas usunąć. Użyty w tym celu środek miał nie przyczynić szkody naszym miastom, drogom, fabrykom… aby mogły ich potem używać. Ciśnienie promieniowania miało wyrzucić w stronę Ziemi chmurę radioaktywną. Potem, po spadku jonizacji, Biała Kula poczęłaby miotać tysiące wozów lądujących na powierzchni gotowej już na ich przyjęcie, bo martwej Ziemi. Chcieli zniszczyć życie z zachowaniem wszystkiego, co nim nie było… ale choć obliczali tak sumiennie, choć wzięli pod uwagę wszystkie wielkości, zapomnieli włączyć do rachunku jedną: samych siebie. Kiedy wielkie miotacze i Biała Kula były już na ukończeniu, w ostatniej fazie realizacji planu zaczęli z sobą walczyć. Udało im się osiągnąć postawiony cel… tyle że na własnej planecie!

Całe otoczenie Arseniewa rozmazywało się i nikło. Wpatrzony w jego twarz, widziałem ją jako białą plamę na ciemnym, mętnym tle. Z nieubłaganym spokojem ciągnął: