— Ich stosunek do maszyn nie jest dla nas jasny. Być może, stanowiły coś w rodzaju najwyższej władzy państwowej. W każdym razie to one opracowały dokładny plan zaatakowania Ziemi. One także tworzyły plan walki.
— O co walczyli?
Arseniew podniósł pęk drutów spoczywających na płycie, jakby go ważył w dłoni.
— To nie jest jasne. Być może, o prawo osiedlenia się na Ziemi. Było to społeczeństwo o wysokiej cywilizacji, rasa doskonałych konstruktorów i budowniczych, ożywiona wielkimi planami — niszczenia i panowania. Takie społeczeństwo musiało prędzej czy później zwrócić się przeciw sobie samemu. Wojna, zanim skończyła się kataklizmem, trwała dziesiątki lat. Niektóre jej fazy są dla nas zupełnie niepojęte, niezależnie od wielkich wyrw czasowych, jakie zieją w kronikach podziemnego archiwum. Ukryci pod powierzchnią gruntu, wymierzali sobie ciosy ładunkami zgęszczonej energii, zasypywali się chmurami jadowitych pyłów, wywoływali sztuczne przesunięcia i tektoniczne obwały gruntowe. Zużyli w walce ilość energii, która mogła ich planetę przemienić w kwitnący ogród.
Wśród mieszkańców planety wyodrębniała się grupa istot o wysokiej inteligencji. Zadaniem ich było tworzyć rozumiejące maszyny i obsługiwać je. Istoty te przez pewien czas pozostawały pozornie neutralne, albowiem służyły obu stronom walczącym naraz. Między innymi dostarczały im planów zniszczenia.
— Ależ to absurd.
— A jednak tak było. W miarę jak wojna się przeciągała, poziom cywilizacji upadał. Był to proces nierównomierny, wahania z okresowymi nawrotami świetności, spowodowane, jak się wydaje, czasowym zaciszem, po którym następowały walki coraz gwałtowniejsze. Zależnie od ich wyniku wielkie centrale energetyczne zmieniały niejednokrotnie władców i były okresy, w których stały bezczynne, bo chwilowi zwycięzcy nie potrafili ich uruchomić z powodu braku dostatecznej wiedzy technicznej. Prawdopodobnie w tych czasach grupa istot „neutralnych” usiłowała uratować twory cywilizacji, kroniki i dokumenty w schronach budowanych wśród gór, w nie zamieszkałych pustkowiach. Na ruinę takiego schronu natrafiliśmy w czasie wyprawy do Białej Kuli. Potem jedna ze stron walczących poczęła brać górę. Była już tak pewna zwycięstwa, że wysłała na Ziemię pocisk, którego lot zakończył się katastrofą. Tu kroniki się urywają. Dalszego biegu wypadków możemy się tylko domyślać. Być może, kataklizm nastąpił w czasie walki o opanowanie całego sytemu energetycznego. Być może, istoty, które go spowodowały, nie orientowały się dostatecznie w działaniu urządzeń. A może stało się inaczej, i kto wie, czy to nie jest najprawdopodobniejsze. Może zagrożeni klęską użyli środka ostatecznego. Był nim ładunek deuteronów przeznaczonych do zniszczenia Ziemi…
— Kiedy to się stało?
— W kwietniu 1915 roku pewien młody uczony belgijski opublikował pracę, w której zestawiał przeciętne roczne temperatury Wenus na przestrzeni czternastu lat. Wszystkie wahały się koło czterdziestu stopni Celsjusza i tylko w ostatnim roku obserwacji temperatura podniosła się do 290 stopni Celsjusza. Zwyżka ta trwała niespełna miesiąc. Jednakże były to czasy wielkiej wojny… nikt nie zajmował się wówczas astronomicznymi mrzonkami… i rzecz poszła w zapomnienie, uznana za błąd początkującego badacza…
Zabrzęczał telefon. Oswaticz wzywał astronoma do Centrali, gdyż Ziemia pragnęła z nim mówić. Arseniew wyszedł.