— I wszyscy zginęli? — zwróciłem się do fizyka, który, wciąż pochylony nad pulpitem, przez wielkie szkło powiększające badał wykresy na fotografiach. Wszyscy? Jakże to możliwe? Dlaczego nie ocalał nikt, nawet w najgłębszych podziemiach, tam gdzie jest ta czarna plazma… a może gdzieś w odległej części planety są jeszcze…?

— Istotnie nie mamy pewności, czy ani jedna z tych istot nie żyje — odrzekł Chińczyk — a jeżeli jesteśmy o tym przekonani, to dlatego, że pokładamy w ich geniuszu wielkie zaufanie. To brzmi szyderczo, ale tak jest.

Milczałem.

— Zniszczyć siebie sądząc, że tym samym niszczy się cały świat — to wielka i straszna pokusa…

Chińczyk patrzył na mnie spod przymrużonych powiek. Po chwili wszedł do kabiny Arseniew. Był podniecony.

— Słuchajcie — zawołał — czy pamiętacie to miejsce „raportu”, które nas tak zdumiewało, gdzie mówi się o poszukiwaniu czegoś czy kogoś poza mieszkańcami Ziemi? Przypuszczaliśmy, że podróżni statku międzyplanetarnego nie zwracali uwagi na ludzi, gdyż szukali innych, jakichś „prawdziwych” twórców cywilizacji… Teraz to się stało jasne! Na Ziemi opracowują jeszcze raz tłumaczenie „raportu” z pomocą materiałów, któreśmy przekazali, i oto rezultat: oni nie szukali bynajmniej „twórców cywilizacji” ani w ogóle żadnych istot… lecz wypatrywali urządzeń, które byłyby zdolne pochwycić niszczący ładunek i odrzucić go z powrotem w nich!

— Tak, to możliwe — rzekł Lao — Czu wstając. — Czy nadano pełny tekst?

— Na razie nie. Dubois przyrzekł mi podać go za pół godziny. Pójdziesz ze mną, Lao, was także poproszę, kolego Czandrasekar, będziecie mogli przekazać dalszy ciąg obliczeń.

Matematyk, który pracował dotąd w głębi Maraxa za ścianką izolacyjną, pojawił się między rozchylonymi jak drzwi tablicami rozdzielczymi. Stałem wciąż w tym samym miejscu. Uczeni rozmawiali, ich głosy dochodziły mnie z wielkiej oddali.

— Taki był koniec… — powiedziałem. — Chcieli nas zgładzić… W tym jest coś niepojętego. Nie mogę tego zrozumieć; czy naprawdę byli uosobieniem zła?