Po tych słowach zaległa cisza. Czandrasekar, który pracował przy pulpicie, opuścił rękę z narzędziem.

— Nie wierzę w to — powiedział.

— To znaczył…

Czandrasekar odrzucił nagle końce kabla na płytę Maraxa.

— Cóż wiemy o mieszkańcach planety? Nic. Nie znamy ich wyglądu, nie domyślamy się go nawet, nie wiemy, co wypełniało ich życie… z tysięcy rzeczy naprawdę znamy tylko jedną: plan, który miał nas zniszczyć.

Przemilczał kilka sekund.

— Wiemy, że materia jest ślepa i nie ma ponad nią żadnej Opatrzności, która prostowałaby drogi błądzących. Człowiek wnosi ład w niezmierzoną przestrzeń Wszechświata, bo tworzy wartości. Istoty, które poświęcają się zniszczeniu, choćby były najpotężniejsze, niosą w sobie własną zgubę. Co mamy o nich myśleć? Wyobraźnia zawodzi, umysł cofa się przed ogromem cierpienia i śmierci, zawartym w słowach: zagłada planety. Czy mamy potępić jej mieszkańców? Czy Wenerę zamieszkiwały potwory? Ja tak nie myślę. Czyż najpotworniejsze wojny nie toczyły się na Ziemi pomiędzy społeczeństwami złożonymi z garncarzy, wieśniaków, urzędników, cieśli, rybaków, malarzy? Czy miliony, miliony, które poległy w tych wojnach, były gorsze od nas? Czy w jakikolwiek sposób bardziej od nas zasłużyły na śmierć? Profesor Arseniew przypuszcza, że to maszyny posyłały mieszkańców Wenery do walki. Nie jest to zupełnie pewne, ale załóżmy, że tak było. Czy to nie maszyna posyłała ludzi na wojnę — szalona, chaotycznie działająca maszyna ustroju społecznego, kapitalizmu? Czy możemy wiedzieć, ilu Beethovenów, Mozartów, Newtonów zginęło pod jej ślepymi ciosami, nie dojrzawszy do stworzenia nieśmiertelnych dzieł? Czy na Ziemi nie było istot, które robiły to, co panu, pilocie, wydało się szaleństwem — czy nie było handlarzy śmierci, którzy służyli obu stronom walczącym i sprzedawali im broń?

Niejedną możemy tu znaleźć analogię. I nie jest to przypadek, bo muszą istnieć wspólne prawa, którym poddana jest historia istot rozumnych. Rozumnych… Jak gorzko brzmi to słowo w takiej chwili. Jest jednak między nami różnica, tak właśnie wielka, jak między życiem a śmiercią. Energia, która miała runąć na Ziemię, stanęła nad wszystkimi miastami tego globu pod postacią słońc atomowych, słońc, które zabłysły nie na wieki, aby wspierać i tworzyć życie, lecz na jedno mgnienie — aby je zniszczyć. W temperaturze milionów stopni kipiały i rozpływały się ich wspaniałe budowle, płonęły maszyny, pękały i topiły się maszty emitorów radioaktywnych, wybuchały rury podziemne, z których uciekała czarna plazma. Tak powstał krajobraz, który ujrzeliśmy tu w kilkadziesiąt lat po katastrofie: ruiny, zgliszcza, pustynie, lasy zakrzepłych kryształów, rzeki plazmy fermentującej w dzikich wąwozach i ta Biała Kula, ostatni świadek kataklizmu, której rozregulowane, lecz wciąż jeszcze czynne nastawnie działają, bezsensownie i chaotycznie wydatkując nagromadzoną energię… i będą tak działać, póki w podziemnych zbiornikach tętnią jeszcze zasoby czarnej plazmy… Może to trwać setki łat… jeżeli się na tej planecie nie zjawi człowiek!

— Straszna spuścizna… — wyszeptałem.

— Tak — powiedział Arseniew — ale mamy prawo po nią sięgnąć. Kiedy ludzie zaczęli pojmować, że są towarzyszami wspólnego losu i że ta sama gwiazda niesie ich poprzez przestrzeń, że są załogą statku, jak my, i życia ich łączą się, jak nasze, bo zwrócone są w tę samą stronę — stanęli nad przepaścią. W obliczu zguby, jaką niosła mu historia, imperializm usiłował pociągnąć za sobą całą ludzkość. Walcząc z nim, walczyliśmy o coś większego niż nagi byt. Tylko odbijając się w oczach, które na nie patrzą, kształty materii nabierają piękna i znaczenia. Tylko życie nadaje światu sens. Dlatego będziemy mieli odwagę powrócić na tę planetę. Na zawsze zachowamy w pamięci jej tragedię, tragedię życia, które powstało przeciw życiu i samo zostało zniszczone.