Arseniew podszedł do telewizora.
— Przyjaciele, Wenus to tylko etap. Wyprawa nasza jest pierwszym krokiem na drodze, której końca nikt z nas nawet się nie domyśla. Wierzę, że przekroczymy granice układu słonecznego i pójdziemy dalej, że wstąpimy na tysiące ciał niebieskich, które wirują wokół innych słońc, i nadejdzie — może za milion, może za miliard lat — czas, kiedy człowiek zaludni całą Galaktykę i światła nocnego nieba będą mu tak bliskie, jak światła dalekich domów. A chociaż nie możemy pojąć tych czasów, wiem, że dotrwa do nich miłość, bo ona jest potwierdzeniem piękna świata w oczach drugiego człowieka.
Mówiąc te słowa astronom stał przy ekranie. W mroku płonęła kurzawa gwiazd. Wydało mi się, że ich słaby odblask pada na jego twarz. Długą chwilę trwaliśmy w milczeniu, jakby nasłuchując wołania z oddzielonych otchłanią światów.
Zabrzęczał telefon. Lao — Czu podniósł słuchawkę. Odłożył ją i spojrzał na Arseniewa.
— Wzywa nas Ziemia.
Kraków, Xl 1950 — V 1951