— A do środka można wejść?
Pytania sypały się jak grad. Inżynier nie próbował nawet odpowiadać, lecz otrząsając się i cofając, jak przed strumieniem wody, dotarł do drzwi.
— Sami wszystko zobaczycie… — powiedział. — No chodźcie.
Weszli do długiego korytarza; zamykały go drzwi wielkie, ciężkie, z soczewkowatym okienkiem. Gdy idący byli od nich jeszcze o kilka kroków, drzwi same rozsunęły się powoli na boki jak podwodna śluza. Za nimi prowadziła w dół pochylnia. Zielone światła, płonące w niszach, dziwacznie oświetlały twarze. Wreszcie pochylnia skończyła się. Weszli do niskiej, obszernej komory o szorstkich ścianach i stropie z cementu portlandzkiego. Rozsunęły się ostatnie drzwi ukazując — w niebieskim tym razem świetle — wnętrze jakby dużego wagonu.
— To winda? — spytał ktoś.
— Nie, wagon przewoźny — odparł inżynier. Gdy wszyscy usiedli na skórzanych fotelikach, nacisnął guzik. Podłoga zadrżała lekko i ruszyła. Inżynier oparł się o ścianę. Miał na sobie wciąż jeszcze roboczy kombinezon, którego przód osypany był drobnym jak popiół pyłem metalowym. Zapaliwszy papierosa, mówił trochę leniwym, niskim głosem:
— Jesteśmy teraz dwa piętra pod ziemią. Przejeżdżamy przez tunel nad murami ochronnymi. Osiem lat temu nie było tu jeszcze stoczni, ale wielki stos atomowy starego systemu. Nie było wtedy jeszcze communium. Dlatego musiał być otoczony siedmiometrowymi murami dla pochłonięcia promieniowania. Teraz, przy nowej metodzie, to wszystko jest już historią, ale zostały mury i tunel.
Rozległ się szczęk niewidzialnych buforów. Wagon stanął. Drugie drzwi otwarły się. Za nimi sunęły ku górze ruchome schody. Z wysokości padał na nie jasnozłoty blask, niby promienie zimowego, nie grzejącego słońca. Wchodząc na stopnie chłopcy spozierali w górę, gdzie w czworokątnym wykroju obmurowania widniał świecący szklany strop. Schody, sunąc jednostajnie, podniosły ich do szerokiego progu. Znieruchomieli.
Przed nimi ziała hala wyłożona zwierciadlanym granitem. Była tak olbrzymia, że kiedy patrzyło się przed siebie, w dalekich światłach strop zdawał się schodzić z podłogą. Sprawiała to perspektywa optyczna, bo podniósłszy głowy przekonali się, że mleczne płyty na stalowej konstrukcji wiszą kilkanaście pięter nad nimi. Hala nie miała ścian; lecz z obu stron wsparta była na długich rzędach kolumn, pomiędzy którymi widać było wnętrze drugiej hali. Mimo jasnego dnia przestrzeń zalewał potop sztucznego światła. Pośrodku na dwu rzędach platform spoczywał długi srebrny pocisk. Mrowie pomniejszonych odległością ludzi obsiadło jego boki i pełzając po nich ciągnęło za sobą czarne niteczki przewodów. Płonęły setki błękitnych, kłujących wzrok iskier. To pracowali spawacze elektryczni. Pomocnicze krany wieżowe toczyły się wokół pocisku, małe jak zabawki z zapałek. Pod samym stropem, na tle jego ogromnych, od wnętrza oświetlonych szyb, ciemniał dźwig mostowy, jednym gigantycznym przęsłem rozpięty nad całą halą.
Inżynier, świadomy wrażenia, jakie stocznia robiła na obcych, przeczekał chwilę, zanim ruszył prosto ku pociskowi. Dopiero idąc oceniało się prawdziwie ogrom hali. Szli i szli, a wzniesiony, lśniący żywym srebrem dziób pocisku wciąż był daleko. Minęli kilka głębokich szybów w podłodze, otoczonych barierkami. Zaglądając tam widziało się szyny kolejki elektrycznej. Co kilkadziesiąt sekund przemykał wąż wagoników z lokomotywką. Chłopcy nie bardzo jednak patrzyli w dół, bo oczy wszystkich przyciągał pocisk. Stąpając po wypolerowanych taflach, doszli wreszcie do pierwszej platformy, na której spoczywał kadłub. Z bliska okazało się, że jest to wygięta aluminiowa kolumna, rozszczepiona na dwie łapy; każda z nich ujmowała cztery szerokie gąsienice. Inżynier zatrzymał się. Od chwili kiedy wyszli z wagonu, milczał. Obserwował chłopców z leniwym, lekko kpiącym uśmiechem, jakby myśląc: „Ano, czemuż o nic nie pytacie?” Kadłub statku biegł ponad ich głowami w obie strony, srebrny, olbrzymi, nieruchomy. Rzucał chłodny cień. Idąc dalej, mijali podtrzymujące platformy. Kilkanaście metrów za dziobem na srebrzystej powłoce czerwieniały wielkie litery; tworzyły napis: KOSMOKRATOR. Poza tym powierzchnia pocisku była nieprzenikliwie gładka. Chłopcy, którzy wysforowali się naprzód, stanęli odruchowo, bo z wysokości trzech pięter obniżało się długie ramię, zakończone gruszą z białego metalu. Na gruszy siedział okrakiem człowiek. We wzniesionych rękach trzymał linki kierujące i pociągając je naprowadzał tępy wylot gruszy na środek srebrnego grzbietu pocisku. Niezwykły jeździec, ubrany w długi czarny płaszcz, z twarzą zakryta ciemnymi okularami, mimo znacznej odległości doskonale był widoczny na tle mlecznych płyt sufitowych.