W taki właśnie sposób powstał Kosmokrator, ogromny statek międzyplanetarny, który w roku 2006 miał wyruszyć na Marsa. Znane nam ważkie wypadki odmieniły przeznaczenie pocisku.
Lekcja astronautyki
Był pochmurny czerwcowy ranek. Autostradą wiodącą do stoczni statków międzyplanetarnych jechał wielki autobus międzymiejski. Asfaltowa wstęga, wijąca się wśród głębokich wykopów, lśniła w deszczu jak woda. Strome jęzory osypisk schodziły aż do betonowych obrzeży i odbijały się w gładkiej nawierzchni, wywierając na jadących wrażenie, że są na statku płynącym przez górski przełom rzeki. Młodzi chłopcy, wypełniający wnętrze samochodu, stłoczyli się przy oknach. W miarę jazdy grzbiety skalne przesuwały się, zakręcały, chowały jedne za drugimi, na ich miejsce wynurzały się nowe, wszystkie o zboczach okrytych czarnym masywem leśnym. Po godzinie wysoko nad czubami jodeł zalśnił szczyt obserwatorium astronomicznego. Niebawem autobus, wjechawszy na przełęcz, minął w pewnej odległości ogromną kopułę, przekrojoną jak owoc, z wystającym rusztowaniem wielkiego reflektora. Za chwilę motor odetchnął i jego wytężoną pracę zastąpiło śpiewne syczenie hamulców. Rozpoczął się zjazd do doliny, w której leżała stocznia.
Jeszcze kilkanaście minut gwałtownego toczenia się samochodu krętą drogą — i pośród rozchodzących się szeroko łańcuchów górskich, których szczyty tonęły w chmurach, rozpostarła się równina ze szkieletami stalowych wież, kominami i świecącymi w deszczu, jak szklane, blachami wielkich zbiorników. W środku wielkim ośmiokątem ciemniały mury stoczni.
Inżynier Sołtyk pił właśnie kawę w pustej kreślarni, kiedy zadzwonił telefon. Odźwierny donosił, że przyjechała Wycieczka. Sołtyk nawet się nie skrzywił, powiedział: — Niech zaczekają, zaraz przyjdę — i odłożył słuchawkę. Dopijając kawę, ogrzewał zarazem kubkiem palce zziębłe nie od chłodu, lecz ze zmęczenia. Poprzedniego dnia statek odbył ostatni przed wielką podróżą, jedenastogodzinny lot próbny. Inżynier wziął w nim udział jako pierwszy nawigator. Umyślnie przeprowadzono nocne lądowanie w szczególnie ciężkich warunkach, przy grubej powłoce chmury i znikomej widoczności.
Sołtyk przebywał w stoczni od miesiąca jako delegat techniczny wyprawy. W czasie nocnego lotu nie zmrużył oka czuwając przy aparatach kontrolnych, po lądowaniu brał udział w przeglądzie urządzeń, a przed południem miał jeszcze z konstruktorami stoczni przejrzeć zdjęcia rentgenowskie powłoki pocisku. Robiono je od chwili, gdy statek wtoczono do hali, to znaczy od pierwszej w nocy. Posiedzenie komisji wyznaczone było na jedenastą. Sołtyk spojrzał na zegarek. Była dziewiąta, miał jeszcze dwie godziny czasu. Postanowił przedtem, że się zdrzemnie, lecz po telefonie uznał, że nie warto. Oprowadzi jeszcze i tę wycieczkę. Robił to od chwili, gdy przybył do stoczni, bo tak się składało, że miejscowi inżynierowie, uwikłani w gorączkowych pracach, związanych z bliskim terminem wyprawy, nigdy nie mieli czasu, Sołtyk przeszedł się po pustym pokoju, machinalnie dotknął rozrzuconych na stołach planów, spojrzał w okno, za którym szarzały w drobnym deszczu góry, i wsiadł do windy, która zniosła go o trzy piętra w dół. Pomiędzy zewnętrznym a wewnętrznym murem stoczni w bujnych trawnikach czerwieniały pęki niezwykle wielkich piwonii. Wycieczka, jak powiedział mu przechodzący technik, była już w poczekalni przy tunelu. Zszedł więc jeszcze o piętro niżej. W dużym pomieszczeniu stało kilkunastu chłopców. Zaledwie oznajmił, że ich poprowadzi, otoczyli go i zarzucili pytaniami.
— Czy to prawda, że tej nocy był próbny lot?
— Jaka szkoda, jaka szkoda, żeśmy nie przyjechali wczoraj!
— Czy zaraz będziemy mogli zobaczyć statek?
— A proszę pana, czy tu są wszyscy członkowie wyprawy?