Za drzwiami, umieszczonymi dość wysoko w ścianie, znajdował się pionowy szybik, niezbyt głęboki, bo zajrzawszy widziało się jego jasno oświetlone dno. Prowadziły tam schodki, a raczej drabinka o szerokich stopniach wyłożonych gąbczastą, bardzo elastyczną masą, w której zagłębiały się stopy. Same schodki otaczała rura tak wąska, że schodzić można było tylko pojedynczo. Jeden po drugim zeszli na dół. Stali w przelocie długiego korytarza o dziwnym kształcie: jego przekrój był prawie równobocznym trójkątem. Ściany schodziły się w górze, gdzie biegła długa rura świetlna. Korytarza nie rozjaśniał lucyt: podłoga jak i ściany wyłożone były tą samą ciemnozieloną, gąbczastą masą, co schodki.

— Po drodze możemy obejrzeć kabinę — rzekł inżynier. Otworzył pierwsze z brzegu drzwi, które, znajdując się w ścianie trójkątnego korytarza, były nachylone do podłogi pod kątem 45 stopni. Jakież było zdumienie chłopców, gdy zajrzawszy do środka dużej kabiny spostrzegli, że podłoga jej wznosiła się od drzwi w górę, nachylona do poziomu niemal o połowę kąta prostego.

Inżynier, jakby nie dostrzegając ich zdziwienia, poszedł kilka kroków dalej i otworzył drzwi kabiny położonej po przeciwległej stronie korytarza. I tam również podłoga podnosiła się stromo w górę. W kabinach nie było nikogo. Płonęły w nich rurki podsufitowe, oświetlając słabo meble przymocowane do podłóg, jak czasem na okręcie.

Chłopcy sporzeli milcząc na inżyniera. Wreszcie najmłodszy i najniecierpliwszy spytał:

— Co to znaczy, proszę pana? Dlaczego ten korytarz jest trójkątny, a w kabinach jest krzywa podłoga?

— Nie krzywa, tylko nachylona — poprawił go Sołtyk. Wydobył z kieszeni kombinezonu notes i ołówek mówiąc:

— Jeżeli się czegoś nie wie, należy zaraz pytać. Nie trzeba się wstydzić.

Naszkicował rysunek i pokazał go chłopcom.

— Rozumiecie już?

Ale chłopcy nadal nie rozumieli.