— Wiecie, że statek przeznaczony jest do podróży międzyplanetarnych? No właśnie. A tam, w przestrzeni próżnej, nie ma siły ciążenia. Dlatego wszystkie przedmioty stają się nieważkie. Dawniej w powieściach fantastycznych opisywano rozmaite zabawne przygody takich podróżników, jak to nie mogli wylać wody z flaszki, jak fruwali swobodnie pod sufitami i tak dalej. Otóż są to przyjemności raczej wątpliwe, a co ważniejsze, istnienie grawitacji jest dla człowieka niezbędne. To nie znaczy, że bez niej nie można żyć. Bynajmniej, ale po pewnym czasie mięśnie wskutek braku pracy zaczynają zanikać. Dlatego Kosmokrator sam sobie stwarza sztuczne pole ciążenia. Po prostu wiruje w czasie lotu wokół swojej długiej osi, którą na tym rysunku zaznaczyłem literą O — widzicie? Dzięki temu powstaje siła odśrodkowa, jak na karuzeli, która przyciska wszystkie przedmioty i ludzi w kabinach w kierunku promienia. Tak jak zaznaczyłem strzałką. Podłogi kabin i tego korytarza są tak ustawione, żeby w czasie podróży wszędzie pod nogami czuło się „dół”, a nad głową — „górę”, tak jak na ziemi. A to jest oczywiście możliwe tylko przy promienistym ułożeniu pomieszczeń.
— A co jest nad nami?
— Na górze są grodzie ładunkowe.
— A czemu korytarz jest trójkątny?
— Po prostu dlatego, że nie starczyło miejsca.
— To można było zrobić inaczej — rzekł zaczepnie najmniejszy z chłopców, któremu wydało się teraz, że inżynier z nich kpi.
— Można było — zgodził się dobrodusznie Sołtyk — ale wtedy trzeba by ściany w kabinach pochylić, co nie wygląda zbyt ładnie, a w korytarzu przecież mniej się na ogół przebywa niż w kabinie. Zresztą i tak mogą tu iść cztery osoby w jednym szeregu… No, ale zagadaliśmy się. Chodźmy do Centrali.
Ruszył przed siebie, a chłopcy za nim. Najmniejszy liczył kroki: do końca było ich 68. Tu znów schodki, ale tylko z kilkoma stopniami, i wypukłe szerokie drzwi.
W kabinie, która miała może sześć metrów średnicy, uderzył wchodzącego widok nieprzeliczonych wskaźników, zegarów i lampek sygnałowych. Mrugały i błyskały wszystkimi kolorami tęczy. Ściany, nachylone do podłogi pod kątem, ale w przeciwną stronę niż w korytarzu, podzielone były na sekcje tworzące jak gdyby szafki z pulpitami. Wszędzie iskrzyły się i pulsowały światełka. Nad każdą szafką jaśniał napis. Można było odczytać: DYSZE, POLE GŁÓWNE, POLE KIEROWNICZE, GENERATOR POZIOMU A, PREDIKTOR, MARAX. Było ich kilkadziesiąt. W samym środku kabiny wznosił się z podłogi wielki aparat, podobny trochę do hełmu olbrzyma. Wystawały z niego trzy rury, zamknięte białymi denkami. Razem przypominało to kolosalnie powiększoną głowę owada z trzema wypukłymi oczami czy czułkami. Tam gdzie w głowie jest gęba, z aparatu wystawały w czterech rzędach pionowe dźwigienki. Odczytawszy na dwóch napisy START i ROZRUCH, chłopcy zaczęli trącać się łokciami i zbliżyli głowy do przyrządów, wpatrując się w nie chciwie.