— Jesteśmy przy grodziach ładunkowych — rzekł inżynier kierując się ku tyłowi pocisku. Któryś z chłopców, spojrzawszy w górę, wydał okrzyk zdumienia: nad nimi, na wysokości pięciu metrów, biegł chodnik zawieszony do góry nogami, z poręczą skierowaną w dół, niby odbicie tego, którym szli.
Inżynier zatrzymawszy się tłumaczył:
— W czasie podróży, kiedy rakieta wiruje, korzystamy z tamtego chodnika. Pamiętacie przecież, co wam rysowałem?
— I chodzi się do góry nogami? A w głowie się nie zakręci?
— Skądże! Przecież tego ruchu obrotowego w ogóle się nie wyczuwa. Czuje się zwyczajnie pokład pod nogami, nic więcej.
— A jakby ktoś stał tu, gdzie my, w czasie startu, to co by się stało?
— Z chwilą kiedy rakieta oddali się od ziemi na trzy tysiące kilometrów, nadaje się jej ruch wirowy i wtedy stojący tutaj człowiek poleciałby po prostu głową naprzód na tamten chodnik, ale ponieważ obroty są początkowo powolne, nic by mu się nie stało. Byłoby to raczej powolne szybowanie niż upadek.
— To znaczy, że „góra” i „dół” zamieniają się z sobą miejscami?
— Oczywiście.
Ruszyli dalej. Niektóre grodzie były już załadowane po brzegi, w innych krzątali się ludzie przymocowując wszystkie przedmioty specjalnymi taśmami do uchwytów i łap.