Nie zwalniając kroku inżynier, w miarę jak przechodzili obok pomieszczeń, rzucał słowa objaśnienia.
Mijali magazyny żywnościowe. W półmroku widniały beczki i stosy skrzyń, paki z konserwami, worki z mąką i zbożem. W następnej grodzi znajdowały się lekarstwa, rozmaite chemikalia i aparaty. W chłodni leżały warstwy mrożonego mięsa, jarzyn, owoców. Zdawać się mogło, że cała kula ziemska nagromadziła w rakiecie, jak w dziwnej arce, wszystkie swoje wytwory: były tu namioty i śpiwory, spektroskopy, lunety i sejsmografy, bele materiałów, całe laboratoria chemiczne, barografy i kineteodolity, witaminy, ziarno rozmaitych roślin, kamery balistyczne, bańki z syntetycznym białkiem i tłuszczem, wiertarki, kompresory, tokarnie, materiały wybuchowe, butle sprężonych gazów, generatory awaryjne, zapasy metali, blachy, drutu, kabli i narzędzi, lekkie stopy, naczynia szklane i porcelanowe, liny stalowe, części silników, zapasowe lampy radiowe, anteny radarowe i przenośne stacje meteorologiczne.
Chłopcy już prawie obojętni mijali wyładowane po brzegi pomieszczenia, nie reagując przy najbardziej niespodziewanych objaśnieniach, ale nie wytrzymali, gdy w pewnej chwili inżynier wskazując rozsunięte drzwi jednego z przedziałów powiedział:
— Tu jest sprzęt polarny i alpejski. Jeden z chłopców zajrzał do środka.
— Jak to? — zdziwił się. — Narty? Przecież na Wenus jest gorąco? A oprócz tego tam nie ma wody, to i śniegu nie może być?
Inżynier uśmiechnął się przystając na chwilę.
— Widzicie — powiedział — wszystko inne wzięliśmy opierając się na naszej wiedzy. A narty… narty bierzemy z przezorności…
W jednej z ostatnich grodzi stał helikopter okryty płótnem żaglowym i przymocowany do stropu stalowymi dźwigarami. Chłopcy zainteresowali się maszyną, lecz inżynier śpieszył dalej.
W pokładzie ciemniał wielki otwór, była to pochylnia załadunkowa, która schodziła kilkanaście metrów w dół, aż do poziomu hali.
Nad wjeżdżającymi tu małymi elektrowozami ciężarowymi poruszały się szczęki kranu nożycowego. Ominąwszy otwór w pokładzie, ogrodzony niską barierką, doszli do końca korytarza. Nisko w ścianie znajdowała się okrągła klapa. Inżynier poruszył wielkie metalowe koło i klapa otwarła się na zawiasach. Ukazała się ciemna studnia, z której płynęło duszne powietrze.