— Zbliżamy się do stosu atomowego — rzekł inżynier. Pochylając się, by nie zawadzić głową o krawędź otworu, rzucił:

— Odważni za mną! — i zniknął w ciemności.

Zaledwie się w nią zagłębił, zajaśniało tam światło. Równocześnie stojący przed klapą chłopcy zauważyli, że na ścianie zapaliły się trzy czerwone lampki.

Po drugiej stronie była drabinka, po której zeszli w dół. Stali we wnętrzu ogromnego walca o dziesięciu metrach średnicy. W tym miejscu pokład nie rozdzielał korpusu rakiety na dwa poziomy i mogli swobodnie oglądać jej kolisty przekrój. W niezbyt jasno oświetlonej przestrzeni, otoczonej ze wszech stron metalowymi ścianami, jak gdyby w pudle ogromnej cysterny, panowała dość wysoka temperatura.

— Z tyłu za nami — rzekł inżynier — jest część mieszkalna i użytkowa rakiety, a przed nami — stos atomowy i — dalej — silniki.

Zapadła cisza. Wszyscy wytężyli słuch starając się mimowiednie pochwycić najsłabszy choćby odgłos zza ściany oddzielającej ich od stosu, który, jak mówił inżynier, nie ustawał nigdy w pracy. Rozigrana wyobraźnia powiększała najsłabszy szelest i każde stąpnięcie, wyolbrzymiając je w eksplozję atomową. Ale nie było tu słychać nic — poza przyśpieszonymi oddechami chłopców. Masywna, nieznacznie wklęsła tarcza była gładka i nieruchoma. Tylko w jej dolnej części, tuż przed chłopcami, mieścił się okrągły właz, zamknięty tarczą pancerną i trzema sztabami, z których każdą utrzymywała w głębokim wyżłobieniu śruba, dociśnięta kołem szprychowym. Nad włazem biegły w metalowych rurkach przewody ginące w przeciwległej ścianie.

— Te kable idą do Centrali — wskazał inżynier. — W razie zaburzeń pracy silników, jeśli promieniowanie zaczyna tu przenikać, natychmiast zostaje o tym powiadomiony Prediktor.

— To tu może przenikać promieniowanie?

— A jakże. W tej chwili też sączy się po trochu…

Inżynier wydobywszy z kieszeni mały aparacik zdjął zeń osłaniającą przykrywkę i pokazał malutką tarczkę zegarową. Świecący zielony punkcik był nieznacznie odchylony od zera.