Chłopcy spojrzeli na siebie, potem na drabinkę, która stanowiła jedyną drogę powrotu, lecz nikt się nie poruszył. Inżynier chowając aparacik powiedział:
— Teoretycznie wszystkie odłamki pękających atomów kieruje pole magnetyczne do dysz. Jednakże w praktyce zawsze znajduje się nieznaczna ilość „zbuntowanych” atomów, które biegną w inne strony, a z kolei część z nich — tutaj, gdzie stoimy. Jest to jednak ilość tak znikoma, że nie ma najmniejszego znaczenia, tym bardziej że do pomieszczeń mieszkalnych jest jeszcze spory kawałek drogi, a normalnie nikt tutaj nie przebywa. Gdyby jednak wskutek jakichś uszkodzeń, na przykład z powodu przerwy w dopływie prądu, pole magnetyczne znikło — strumień cząstek zacząłby bombardować ekran pochłaniający coraz silniej, przedzierając się w głąb statku.
Zwróciwszy się ku przeciwległej ścianie, inżynier wskazał ręką w górę:
— Widzicie te błyszczące „lufy”? To są liczniki Geigera — Muellera i inne przyrządy wykrywające obecność promieniowania. W razie najmniejszych zaburzeń natychmiast donoszą o tym Prediktorowi.
Na wysokości czterech metrów biegło w ścianie podłużne wgłębienie, z którego wystawał rząd lśniących lejków, wycelowanych w zaporę stosu atomowego.
— Wówczas Prediktor wysyła rozkaz zahamowania reakcji rozpadu przez automatyczne wsuniecie blend kadmowych w głąb stosu. Gdyby zaś — inżynier utkwił spokojny, nieruchomy wzrok w malcu — nastąpiło uszkodzenie Prediktora, to…
Podszedł do zapory.
— Ta klapa — to przełaz przez zaporę. Można nią wejść do stosu atomowego.
— Jak to do stosu? Ależ to niemożliwe!
Chłopcy myśleli, że Sołtyk żartuje, lecz inżynier zaprzeczył głową.