— Nie. Jest w granicach możliwości… mało prawdopodobnych… ale możliwości… że wszystkie zdalnie sterowane urządzenia zawiodą. W takim wypadku, jeśliby groziła eksplozja stosu, ktoś musi wejść tędy, przez ten właz. i ręcznie powsuwać w grafit blendy moderatorów kadmowych!
— A kto to ma zrobić?
— Za bezpieczeństwo statku odpowiada pierwszy inżynier — nawigator. Mógłby rozkazać, ale tego nie zrobi.
— Skąd pan wie?
— Bo ja nim jestem.
Chłopcy rozszerzonymi oczami wpatrywali się w Sołtyka, Teraz dopiero spostrzegli, że wcale ich nie lekceważył. Był tylko bardzo zmęczony. Patrząc na jego chudą, nieruchomą twarz, wszyscy naraz zrozumieli, kto wejdzie do stosu, kiedy to będzie konieczne.
— To tam trzeba wejść… — powiedział jeden z chłopców. — Ale chyba w jakimś kombinezonie… w skafandrze ochronnym?
Inżynier potrząsnął głową.
— Nie. Tam — wskazał ręką — panuje takie stężenie promieniowania, że żaden skafander nie pomoże. W ciągu jednej minuty człowiek musi wchłonąć śmiertelną dawkę promieniowania.
Najmniejszy z chłopców, zapomniawszy o urazie, jaką czuł do inżyniera, wyszeptał: