— Ale gdybyś użył powiększenia tak wielkiego, że stałyby się widoczne atomy, zobaczyłbyś sieci białkowe ciągnące się na wszystkie strony, a pośród nich pływające wolno inne białka, małe i wielkie, kuliste i nitkowate, zobaczyłbyś, jak w polach siłowych molekuł już istniejących rodzą się nowe, a inne rozpadają się wyrzucając obłoki elektronów, które biegną wzdłuż łańcuchów utworzonych z fermentów… A co to wszystko znaczy? W lampie elektrycznej prąd od bieguna ujemnego płynie do dodatniego, a w żywej komórce elektrony odbierane ciałom odżywczym, takim jak cukier czy tłuszcz, płyną do tlenu. Tak powstaje woda i dwutlenek węgla. W życiu codziennym nazywamy ten proces spalaniem. W żarówce prąd płynie wewnątrz metalowego drucika w sposób ciągły, natomiast w komórce zamiast ciągłego drucika jest łańcuch ciał białkowych, wzdłuż których posuwają się elektrony, przekazywane od jednego ogniwa ku drugiemu. Ten łańcuch zbudowany jest z fermentów oddechowych. Są to pierścienie białkowe, zamontowane wokół atomu żelaza, chwytające i odrzucające elektrony kilka tysięcy razy na sekundę. Komórka pracuje jak dynamo elektrochemiczne, wytwarzając różnicę potencjałów kilkudziesięciu tysięcznych wolta… Miliony takich komórek łączą się w warstwy, warstwy tworzą pola, pola — ośrodki i strefy projekcyjne, komunikujące się z sobą prądami o częściach harmonicznych i podharmonicznych, i cała ta zawrotna budowa, przepełniona wirującą i zmienną, lecz zespoloną jak muzyka grą prądów, to jest właśnie dusza… To dzieje się w twojej głowie, kiedy myślisz o kwiatach, gdy widzisz niebo, chmury… A podobieństwo mózgu i Maraxa jest podobieństwem nie materiału budowlanego, nie układu części, lecz prądów, i tylko prądów.
— A czy Marax… Czy on może wszystko? — spytał z rozpalonymi policzkami malec, który bezskutecznie usiłował wspiąć się wyżej, na pulpit.
Czandrasekar uśmiechnął się swymi czarnymi oczyma.
— Wszystkiego na pewno nie może.
— Nie tak chciałem powiedzieć… Czy maszyna mogłaby sama, to znaczy bez ludzi, całkiem sama wymyślić coś?
Czandrasekar potrząsnął głową.
— Chcesz powiedzieć, czy maszyna czyni człowieka niepotrzebnym? Nigdy. Tak samo, jakbyś powiedział, że istnienie fortepianu czyni niepotrzebnym kompozytora. Maszyna sama nie może nic. Ona tylko niesłychanie powiększa nasze możliwości, otwierając nam drogę do problemów, których rozwiązanie prowadziłoby przez taką dżunglę matematyczną, że dawniej wymagałoby całego życia ludzkiego. Mimo to nie można powiedzieć, że jest,mądrzejsza” od człowieka. Prawda, że posiada więcej wiadomości niż każdy z nas, ale pamiętajcie, że na dobra sprawę naszymi organami pamięci są nie tylko nasze mózgi, ale i biblioteki, fotografie, zbiory, dokumenty… Maszyna nie jest więc mądrzejsza od człowieka. Jest tylko szybsza. Mimo to ustępuje znacznie żywemu mózgowi. Dlaczego? Postaram się wam wyjaśnić. Jeśli rozwiązanie dowolnie trudnego zadania jest w ogóle możliwe, można zbudować tak potężną maszynę do myślenia, że zdoła je rozwikłać. Ale główny niedostatek maszyny leży w tym, że potrafi ona rozwiązać tylko postawione zadanie. Bo samo postawienie zadania jest już, na dobrą sprawę, połową roboty. Często nawet przeważną jej częścią, jak o tym uczy historia nauki. Zrozumieć zasadę wynalazku, powiedzmy: maszyny parowej, jest bardzo łatwo, trudno było tylko ją wynaleźć. Wziąć rurkę próżniową, induktor Ruhmkorffa i powtórzyć doświadczenie Roentgena — cóż to za sztuka? Ale odkryć promienie X, szukać nowych zjawisk i odkrywać rządzące nimi prawa — w tym cały sekret geniuszu jednostki i postępu ludzkiego. Powiedziałem wam, że postawiony problem wytrąca maszynę z równowagi prądów, a rozwiązawszy go, Marax się uspokaja. Natomiast człowiek nigdy się nie uspokaja, ponieważ każdy rozwiązany problem stawia przed nim dziesiątki nowych. Jak widzicie, maszyna nie potrafi myśleć twórczo. Nie może „wpaść na pomysł”. I to jest największy jej niedostatek. Oskarżywszy w ten sposób, muszę ją teraz obronić. Potrafi ona rzeczy, których my nie umiemy. Może na przykład drobiazgowo przeanalizować zjawiska zachodzące w głębi stosu atomowego, w bryle eksplodującej materii czy we wnętrzu gwiazdy. Jak widzicie, maszyna taka nie usuwa człowieka, lecz pomaga mu — i to jest jedyna droga postępu.
— A, panie profesorze… a czy nie jest możliwe zbudowanie takiej maszyny, która by sama robiła wynalazki?
Czandrasekar milczał krótką chwilę.
— Teraz nie. Co będzie w przyszłości… trudno mi powiedzieć. Jedno jest dla mnie pewne: żadna maszyna nie uczyni człowieka zbytecznym. Dawniej, sto lat temu, ludzie bali się maszyn, myśleli, że one odbierają im pracę i chleb. Ale winne były nie maszyny, lecz złe ustroje społeczne. A co do Maraxa… to zdradzę wam jeszcze jedno. Wspomniałem przedtem o fortepianie i kompozytorze. To porównanie wydaje mi się dość trafne. Podobnie jak prawdziwie piękną melodię potrafi wydobyć z instrumentu tylko wirtuoz, tak tylko matematyk potrafi w pełni wyzyskać ograniczone, lecz bardzo wielkie możliwości Maraxa. Czasem, kiedy siedzę tu i pracuję nocą, staje się dziwna rzecz: zatraca się jak gdyby granica pomiędzy mną a Maraxem. Czasem odpowiedzi na postawione pytania szukam we własnej głowie, a czasem biegnę palcami po klawiszach i odczytuję odpowiedź z ekranów… i nie odczuwam zasadniczej różnicy. Jedno i drugie jest właściwie tym samym.