Profesor szedł z chłopcami nie znaną im drogą wzdłuż zachodniego muru. Niebawem wysokie wieże i kominy zostały w tyle. Leżały tu trawiaste, łagodnie wygarbione pola, przechodzące daleko w strome języki osypisk pod ścianami skał. Rozmowa toczyła się o wyprawie na Wenus.

— A tak, wychodzimy z laboratoriów… — mówił Czandrasekar. — Dawniej wystarczył mi papier i ołówek, a teraz matematyka staje się ruchliwym, pełnym przygód zajęciem…

Opowiadał o Wenerze, o jej białych chmurach, o panujących tam straszliwych burzach i cyklonach, o tajemniczych oceanach bakelitu… Wszystko to nie odstraszało bynajmniej chłopców: oczy świeciły im jeszcze jaśniej. Któryś pytał o zagadkowych mieszkańców planety. Czy nic o nich nie wiadomo nowego? Jak będzie w stosunku do nich postępować wyprawa? Czy będzie walka? — Nie chcemy atakować — odparł profesor. — Zmuszeni, będziemy się oczywiście bronić. W jaki sposób? Broni prawie żadnej nie bierzemy, ale nasze silniki atomowe są przecież zbiornikami potężnego środka wybuchowego. Mamy też na pokładzie kilka ręcznych miotaczy promieni… oraz pewną ilość gammexanu. Pomysł ten nie wydaje mi się zbyt szczęśliwy, ale ostrożność nie zawadzi. Nie wiecie, co to gammexan? Jest to nowy, bardzo silny środek owadobójczy. Bo wiecie, niektórzy wciąż przypuszczają, że Wenerę zamieszkuje rodzaj owadów. Ja osobiście nie jestem tego zdania…

— A jakiego? a jakiego? Czandrasekar znów się uśmiechnął.

— Żadnego. Mogę z czystym sumieniem powtórzyć słowa Sokratesa: wiem, że nic nie wiem. Odpowiem wam. kiedy ich zobaczę.

Teren opadał. Wąska dróżka pośrodku traw, biegnąca łagodnymi pętlami, opuszczała się ku zielonkawosrebrzystym, porosłym mchem głazom.

— Widzicie? — wskazał je profesor. — Morena polodowcowa. A tam, za tym progiem, jest jezioro…

Nadchodzący wiatr niósł wilgotny, orzeźwiający chłód. Ciężkie krople osuwały się, drżąc, po źdźbłach roślinnych. Ścieżka znikła. Przekroczywszy spękany wapienny próg wystający spod trawy jak zbielałe żebro potwora, stanęli na urwistym brzegu. Pod nimi leżała wielka płaszczyzna wody, zamknięta granatowym pierścieniem skał. Stoki ich opadały skamieniałymi lawinami ku lustrzanej tafli, odbijając się w niej o jeden ton ciemniejszym, odwróconym obrazem. Słońce z każdą chwilą traciło oślepiający blask i zapadało za piłę szczytów, pogrążając w czarnej wodzie słup rubinowego światła. Uskoki i nawisy pionowych skał zanurzały się w zmierzchu, krajobraz cały bladł i ciemniał, za to niebo występowało coraz chłodniejsze, przesycone dziwnie smutną, ciemnobłękitną poświatą. Ostatnie chmury gasły jak stygnące masy pomarańczowego żużla. Wszyscy zamilkli. Stali pomiędzy dwoma wyniosłymi głazami, jakby w ruinie wielkiej bramy, patrząc w rozjaśnioną u szczytu otchłań powietrza; wiatr to wzmagał się, to ucichał — a wtedy nadpływało z oddali huczenie niewidzialnego wodospadu.

Wracali już o zmroku. Chłopcy mówili o wrażeniach dnia, przerywali sobie nawzajem, a że odczuwali głód, przyspieszali coraz bardziej kroku, aż profesor znalazł się wśród ostatnich. Odzywał się mało. Raz tylko spytał swoich towarzyszy, czym chcą zostać.

Z tych pięciu, którzy mu towarzyszyli, jeden chciał być chemikiem atomowym, jeden — astrobiologiem, trzech zaś — pilotami statków kosmicznych.