— A matematykiem nikt? — pół serio, pół żartem spytał profesor. Najmniejszy z chłopców, który szedł przy nim, powiedział, że on będzie matematykiem.

— Więc już nie astronautą? Niedobrze jest tak szybko zmieniać postanowienia. A może chcesz tylko mnie pocieszyć?

Malec nie zmieszał się.

— I astronautą, i matematykiem… jak pan.

Czandrasekar nie odpowiedział. Szli już równiną i zbliżyli się do idących na przedzie, tak że słychać było, co mówią w pierwszych szeregach.

— Czytałem, że niedługo można będzie wytwarza* sztuczne białko — powiedział jeden.

— Dawniej nauka nie była taka jak teraz — dodał drugi. — Dlatego było źle.

— A tak, jak się czyta historię, to się dopiero widzi.!

— Jak byłem mały — powiedział najmniejszy tonem zwierzenia do profesora — to nie wierzyłem, że dawniej były wojny. W głowie mi się to nie mogło pomieścić. Ludzie byli wtedy jacyś dziwni. Oni byli dzicy, całkiem dzicy.

— Głupi byli! — zawołał ktoś zapalczywie. Profesor zatrzymał się. Ci, co szli przodem, zawrócili sądząc, że chce ich pożegnać. Niedaleko płonęły światła budynków.