— Mylisz się, chłopcze — rzekł Czandrasekar. — I wy się mylicie. Ludzie byli dawniej zupełnie podobni do nas, tylko świat był źle urządzony. Wiecie przecież, do czego użyć chciano energii atomowej i jak się to skończyło? Ale nie nazywajcie ludzi sprzed pół wieku dzikusami i głupcami. Właśnie wtedy żyli ci, co walczyli z ciemnymi siłami, jakie są w człowieku — a to jest o wiele trudniejsze niż najdalsza wyprawa międzyplanetarna! A chociaż oni sami wiedzieli tylko małą cząstkę tego, co my dziś, nie wolno ich lekceważyć, bo dzięki nim możemy dziś budować sztuczne słońca i mózgi elektryczne. I dzięki nim polecimy w gwiazdy.
Kładąc ręce na ramionach tych, którzy stali najbliżej, dodał:
— Dobrze, że macie ambitne zamierzenia na przyszłość. To, co nam się wydaje pierwsze i nadzwyczajne, jak choćby nasza wyprawa, dla was będzie już powszednim doświadczeniem. Jesteście naszą zmianą i pójdziecie dalej. Będziecie szli wciąż dalej i dalej, bo im pełniej człowiek poznaje świat, tym bardziej nieobjęte otwierają się przed nim horyzonty. Czy pamiętacie dewizą mego nauczyciela?
— Nigdy spokoju — odezwali się w ciemności chłopcy nieskładnym trochę, lecz silnym chórem.
— Przekazuję ją wam. Żegnajcie; jeżeli spotkamy się kiedyś, będę wam mógł odpowiedzieć na wiele pytań, bo to będzie już po naszym powrocie.
Wyszedł z otaczającego go kręgu dużym niespiesznym krokiem, zmierzając w stronę świateł stoczni. Chłopcy w głębokim milczeniu śledzili jego sylwetkę. Jeszcze chwila — i znikła w mroku.
Część druga
Dziennik pilota
Hannibal Smith
Nazywam się Robert Smith i mam lat dwadzieścia siedem. Urodziłem się w Piatigorsku jako syn inżyniera architekta i zawiadowcy lotniska. Kiedy odpowiadałem tak w szkole czy gdzie indziej na pytanie o rodziców, budziło to często uśmiechy i musiałem dopiero wyjaśniać, że zawiadowcą był mój ojciec, architektem zaś — matka. Dziadek mój, Hannibal Smith, przyjechał do Związku Radzieckiego w roku 1948 i do końca tęsknił za Ameryką, chociaż nie doznał od niej nic prócz złego, był bowiem komunistą i Murzynem, grzech podwójny, za który przyszło mu wycierpieć niejedno. Ożenił się z Rosjanką i z tego małżeństwa pochodzi mój ojciec. Mieszkaliśmy niedaleko lotniska w parterowym domku, na zboczu góry, w której niegdyś znajdowała się kopalnia malachitu. Dziadek miał pokoik na poddaszu, niewielki, cały zawieszony pękami zasuszonych roślin, siatek, wnyków i woreczków nasion. Marzł zawsze w zimie i zbudował sobie domorosłą murarką wielki kominek, z którym łączą się moje najwcześniejsze wspomnienia. Umarł, kiedy miałem osiem lat. Pamiętam go jako bardzo wysokiego, ogromnego człowieka, który zjawiając się u nas na dole napełniał mieszkanie grzmiącym śmiechem. Porywał mnie w ramiona, wznosił pod sufit i śpiewał piosenki rosyjskie, tak niezwykle brzmiące w jego ustach. Uczył mnie strzelać z łuku, robić latawce, nawet proch z ojcowskich nabojów do dubeltówki wykręcał dla moich ogni sztucznych, bawił się ze mną w polowanie na niedźwiedzia i tak bardzo wypełniał moje dzieciństwo, że dziś jeszcze w krytycznych chwilach jawi mi się jego ciemna twarz z kędzierzawą, mleczną czupryną i białymi zębami, które ukazywał, ogromne, w swoim wspaniałym śmiechu. Kochałem go bardzo. Swoją głęboką i stałą tęsknotę za ojczyzną ukrywał przed wszystkimi, tylko ja jeden, mały chłopiec, słuchałem rzadko jego trochę bezładnych, z trudem przekładanych na rosyjski opowieści. Dziadek odprowadzał mnie do szkoły, bo jeszcze za jego życia wstąpiłem do pierwszej klasy, i koledzy zazdrościli mi go, a niektórzy, starsi, pytali, czy nie będę pisał wierszy, sądzili bowiem, że zostanę poetą jak Puszkin, a widomym tego znakiem jest właśnie mój dziad — Murzyn. Niestety, poezja nie pociągała mnie nigdy, chyba że rozumieć ją szeroko i wierzyć (a ja w to właśnie wierzę), iż rozciąga się ona daleko poza granice wierszy i łatwiej można ją znaleźć w powietrzu, w górach i w walce aniżeli za stołem. Kto wie, czy nie to właśnie jest najrzetelniejszym powodem, dla którego piszę te słowa w małej kabinie Kosmokratora, który z każdą sekundą oddala się od mego domu o 25 kilometrów. Ale nie chcę uprzedzać wypadków. Jeśli ktokolwiek będzie czytać te słowa, powinien wiedzieć o mnie tyle, by móc samemu osądzić, czy może mi wierzyć. Dlatego piszę o sobie.