Jak przez mgłę pamiętam wieczory spędzane u dziadka, zwłaszcza długie, zimowe. Dziadek umiał i lubił opowiadać mi bajki, wspaniałe, nie kończące się bajki — powieści, które biegły jak sznury egzotycznych korali przez wiele wieczorów, a ja, to drżący, to rozpłomieniony, ale zawsze pełen zachwytu, słuchałem go tak, jak umieją słuchać chyba tylko dzieci i zakochani. Miałem już sześć lat, kiedy w jego pogodnych baśniach zaczęły brzmieć ciemne tony. Być może zresztą stało się to wcześniej, ale przedtem byłem za mały, aby to zrozumieć, a w tych najpierwszych latach dziadek był dla mnie czymś odmiennym od wszystkich innych ludzi — mówię „czymś”, bo był dla mnie jak przyroda naszych stron, jak nasze biało — niebieskie, obłoczne niebo i lasy podgórskie, w których zaszywałem się na długie godziny. Zdaje mi się, że tu kryła się jego tajemnica: inni dorośli wchodzili i wychodzili z mojego dziecinnego świata, a on był po prostu jego częścią.
Powiedziałem, że po raz pierwszy zaczął mówić o Ameryce, kiedy miałem sześć lat. Opowiadań tych nie lubiłem, bałem się nawet, nie tyle ze względu na ich ponury nastrój, bo nie byłem tchórzem, ale dlatego, że dziadek stawał się wtedy całkiem innym, prawie obcym człowiekiem. Znikał gdzieś jego rozmach, z twarzy uciekał uśmiech, garbił się, a jego mowa stawała się skąpa, rozważna, dobierał słów, starając się łagodzić bardziej okrutne szczegóły.
W pierwszej takiej opowieści dziadek, wyrzucony z fabryki, jeździł po całych Stanach pociągami na gapę i zarabiał na chleb jako tragarz, a potem, kiedy po pewnej rozprawie sadowej pękł mu od pobicia i zrósł się sztywno stos pacierzowy, wyplatał maty ze słomy. Być może, przekręcam tę historię, ale tak utrwaliła się w mojej wyobraźni i takim właśnie jawił mi się dziadek w snach — ciemnym, nasępionym olbrzymem pośród ogromnych stosów złotej słomy, z której musiał wyplatać nieprawdopodobną ilość mat. gdyż w przeciwnym razie…
Co miało być w przeciwnym razie, nie wiedziałem, ale w tym miejscu snu powstawała trwoga.
Później poznałem inną historię, wcześniejszą od tamtej, bo działa się, gdy dziadek miał zaledwie dwadzieścia lat. Nie mogąc znaleźć nigdzie pracy, został wreszcie dozorcą \v pewnej fabryce chemicznej. Była to właściwie rudera, w której obrotny właściciel produkował płyn pachnący wanilią, rozlewany do ślicznych flaszeczek i sprzedawany po bardzo słonej cenie jako lekarstwo na gruźlicę. Właściciel płacił niesłychanie marnie, mimo to nigdy nie brakło mu ludzi, ponieważ pracowali u niego przeważnie nędzarze — gruźlicy, którzy rozpaczliwie poszukując ratunku dawali się skusić nadziei, że odzyskają zdrowie dzięki kosztownemu środkowi, albowiem fabrykant wydawał go im bezpłatnie. Nie muszę chyba mówić, że środek był bezwartościowy, co bynajmniej nie przeszkadzało właścicielowi, bo na miejsce umierającego robotnika łatwo mógł znaleźć pięciu nowych.
Rodzicom, a zwłaszcza ojcu, nie bardzo podobało się to wszystko, co dziadek opowiadał. Pamiętam, jak raz zamęczałem matkę pytaniami o rozmaite rzeczy, między innymi o słowa takie, jak „łamistrajk” i,minolier”. Tego ostatniego nie znała. Spytałem później ojca, gdy przyszedł do domu.
— „Minolier”? Od kogo to słyszałeś? — spytał.
— Od dziadka.
— A, to na pewno milioner!
Ojciec był niezadowolony. Zaczął mówić do matki gniewnie, że dziadek musi być rozważniejszy w swoich opowiadaniach. — Nie chcę, żeby mi truł chłopca tymi czarnymi wspomnieniami! — zawołał i chciał pójść na górę, matka jednak umiała uciszyć jego wzburzenie, i to nie tylko tym razem.