Jak długo dziadek żył, ojciec skłonny był podejrzewać, że to on rozpala we mnie najdziksze pomysły — raz na przykład postanowiłem wspiąć się na Elbrus i przez tydzień nie dojadałem robiąc zapasy na drogę, to znów przyszedłszy odwiedzić ojca na lotnisku ściągnąłem czyjś wielki parasol i usiłowałem schować się w samolocie, żeby później wyskoczyć z zaimprowizowanym spadochronem, kiedy będziemy przelatywać nad moim domem.
O tym, że dziadek musi kiedyś umrzeć, dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, podsłuchawszy raz rozmowę rodziców. Nie dając temu wiary, raczej rozśmieszony ich naiwnością, pobiegłem na górę. Dziadek wciąż był olbrzymi i silny, ale gdy na powitanie podrzucił mnie pod sufit, spostrzegłem na jego twarzy bolesne skrzywienie, które i mnie tak zabolało, że się rozpłakałem, lecz nie powiedziałem, czemu, chociaż długo mnie o to pytał.
Potem zachorował i musiał leżeć. Nadchodziła wiosna, w ogrodzie co dnia odkrywałem nowe cuda, a dziadek mógł patrzeć już tylko z okna, do którego przysunięto mu stary, wielki fotel. Raz, gdy wbiegałem na schody wiodące na poddasze, aby go odwiedzić, usłyszałem potężny, gardłowy śpiew, tak bardzo różny od wszystkich piosenek domu i szkoły, niezapomnianą ciężką pieśń, powstałą z wielkiego żalu, krzywdy i niewypowiedzianej miłości do świata, którego kochać nie wolno. Pieśni tej w ustach dziadka nigdy jeszcze nie słyszałem. Chociaż znałem dobrze język angielski, nie rozumiałem dziwnych zdań, tylko w refrenie powtarzały się słowa o wielkiej, starej rzece, którą płyną łodzie. Wstępowałem na trzeszczące stopnie, a pieśń brzmiała coraz gwałtowniej — długą chwilę stałem pod drzwiami, a potem cicho, ze ściśniętym sercem zszedłem na dół. W trzy dni później dziadek umarł.
W następnych latach moje szaleństwa, teraz już uprawiane razem z kolegami, stały się bardziej metodyczne, choć nie mniej karkołomne. Ojciec mówił nieraz, że mam charakter z piekła rodem, a matka śmiejąc się odpowiadała „z afrykańskiego piekła”, na czym się, nawiasem mówiąc, zwykle wszystko kończyło, bo oboje kochali mnie bardzo, choć każde na swój sposób.
Uczyłem się dość dobrze, ale nierównomiernie. Kiedy dowiedziałem się, że aby zostać kapitanem okrętu, trzeba znać matematykę i astronomię, zostałem w ciągu kilku tygodni pierwszym w tych przedmiotach, ale gdy oczarowała mnie później geografia, tamte przedmioty rzuciłem po prostu w kąt.
W siedemnastym roku życia, bardziej niż kiedykolwiek niepewny, co z sobą robić, zapisałem się na chybił trafił na wydział konstruktorski Akademii Lotniczej w Piatigorsku i tutaj poznałem Goriełowa.
Wykładał mechanikę teoretyczną, a zwrócił na mnie uwagę nie dla moich umiejętności, które były bardzo umiarkowane, lecz ze względu na moją matkę. Ona to bowiem zaprojektowała i wybudowała gmach, w którym pomieściła się katedra i laboratorium profesora Goriełowa, a zbudowała go tak, że, jak sam mówił, zdobyła tym jego duszę.
Każdy człowiek ma w swoim życiu milowe słupy pamięci — jakąś największą godzinę dzieciństwa, pierwszą miłość, spotkanie z kimś prawdziwie wielkim, i chwile te są jak gdyby osiami, na których obracają się całe obszary życia w nowe strony, gdzie odsłaniają się nieprzeczuwalne horyzonty. Taka chwila nastąpiła dla mnie, gdy po nie zdanym, czyli, jak się u nas mówiło, oblanym egzaminie z mechaniki teoretycznej Goriełow, nie wypuściwszy mnie ze swego gabinetu, wdał się ze mną w rozmowę. Był czerwiec, wspaniały, zielony czerwiec za oknami w ogrodzie Instytutu, kiedy, patrząc mi w oczy, powiedział:
— Pod uderzeniem metal wydaje dźwięk. Robercie, żądam, żebyś odpowiedział mi szczerze na pytanie, które ci zadam. Zgadzasz się?
Nic nie odpowiedziałem, ale w moim spojrzeniu musiał wyczytać, że chcę być jak metal, i po chwili ciągnął: