— Żeby być pożytecznym dla innych i siebie, człowiek musi znajdować coraz to nową radość w swojej pracy. Wiem, że starczy ci zdolności, by nauczyć się tego, co jest potrzebne, żeby zdać u mnie egzamin, ale to jeszcze bardzo mało. Jestem pewien że umiesz włożyć siebie całego w to, co cię porwie. Powiedz mi, co to jest.
Nie umiałem odpowiedzieć.
Teraz, nie patrząc już w moje oczy, Goriełow dodał ciszej i ostrożniej, jakby zbliżał się do czegoś zwiewnego:
— Kiedy czujesz się szczęśliwy? Mów, co czujesz, bo od tego może zależeć bardzo wiele.
— Szczęśliwy jestem rzadko — odpowiedziałem. — To są tylko chwile, ale mnie z tym dobrze… Ostatni raz, kiedy byłem na Dżangi — Tau, bo musi pan wiedzieć, że należę do naszego klubu wysokogórskiego i mówią, że jestem dobrym alpinistą. Były tam takie chwile, kiedy chciałem, żeby trwały i żeby to nie były wakacje ani obóz treningowy, ani rozrywka, ale żeby to właśnie było moje prawdziwe życie.
— Kiedy to było? Powiedz dokładniej — szybko jakoś, wciąż nie patrząc na mnie, spytał Goriełow.
— Kiedy groziło niebezpieczeństwo — powiedziałem po prostu, bo tak rzeczywiście czułem. — I kiedy trzeba było decydować o wyborze drogi, o nowym, jeszcze nie przebytym wariancie wspinaczki, o nieznanym szlaku. Kiedy brałem udział w nocnej wyprawie ratowniczej i pierwszemu udało mi się znaleźć zaginionego.
— Lubisz ryzykować — powiedział surowo Goriełow. — Zauważyłem to po sposobie, w jaki mi odpowiadałeś na pytania. Ale ze mną nie udało ci się, bo ja jestem nieprzebytą skałą. — Tutaj powinien się był chyba uśmiechnąć, lecz tego nie uczynił.
— Czy poddałeś się kiedy próbie? — spytał po chwili. Poniosła mnie duma. której, wiem o tym, miałem i dziś jeszcze mam zbyt wiele.
— Osiemnaście godzin byłem sam w ścianie Użby i wróciłem, kiedy rozeszły się mgły. To była moja pierwsza próba.