— Ale nie ostatnia — odparł Goriełow. — Czy to, co zrobiłeś, było konieczne?

Zawahałem się.

— Nie…

— Wiedziałem! — powiedział Goriełow i teraz zobaczyłem, dlaczego ukrywa przede mną twarz. On się uśmiechał, ale nie do mnie. Uśmiechał się do czegoś w sobie, może do swojej młodości, którą widział w tej chwili bardzo bliską i bardzo płonącą. Potem, jakby wspomniawszy, że nie o sobie ma decydować, zwrócił na mnie oczy i drugi raz w tej rozmowie poczułem, że przypomina mi kogoś tak bliskiego, jakby był częścią mnie samego, lecz nie wiedziałem, kogo — i poczułem lęk.

— Mechanicy — powiedział Goriełow — matematycy, astronomowie i ci, co ratują zaginionych w górach, wszyscy są nam jednakowo niezbędni i życie nie byłoby pełne, gdyby zabrakło choć jednego z nich. Ale pamiętaj, że życie ma tylko wtedy sens, jeśli czemuś służy. Wielkie zamiary i czyny służą wszystkim. Obcym i swoim, bliskim i dalekim, jak most zbudowany przez inżyniera i jak wiersz napisany przez poetę. A małe, własne, codzienne, jak przechadzki wiosną, jak spotkane widoki i nawet sny, oddajemy tym. którzy są nam drodzy. Ale tylko jedno i drugie razem stanowi pełnego człowieka i pełną służbę. Świat jest dla ciebie

0 tyle, o ile ty jesteś dla świata, i wszystko, cokolwiek robisz — słyszysz? — wszystko! — musi cel swój i sens znajdować nie w tobie, lecz poza tobą. Nie każdemu jednakowo łatwo przychodzi tak postępować. Tobie nie będzie łatwo, ale właśnie dlatego staniesz się taki, bo już się stajesz. Bo ty chcesz być jak metal, który odzywa się pod uderzeniem. prawda, Robercie?

Skinąłem głową, bo nie mogłem mówić.

— Nie będzie z ciebie inżynier konstruktor — powiedział Goriełow. — Uważam jednak, że studia powinieneś skończyć, ponieważ nie ma wiedzy nieużytecznej, ale później, gdy będziesz miał w ręku dyplom, powinieneś pójść w góry i tam siebie poszukać.

Potem, kiedy po długiej, bardzo długiej wędrówce podmiejskimi wzgórzami wracałem do domu, trochę odurzony słońcem, latem i tą rozmową, pojąłem, że Goriełow przypomniał mi dziadka. Tak jak tamten nad moim dzieciństwem, ten stanął nad moją młodością. Postąpiłem, jak mi radził, i nie żałuję tego. Co prawda, po skończeniu Instytutu nie poszedłem od razu w góry, lecz przeszedłszy roczne szkolenie w Centralnej Służbie Powietrznej zostałem pilotem oblatującym nowe modele samolotów. Nieraz zdarzało mi się lądować na lotnisku mego ojca. Za to każdy urlop spędzałem \v górach. Nazwisko moje stało się znane w klubie wysokogórskim i poza nim dzięki wyprawom, w jakich brałem udział. Raz, kiedy przy okienku w jakimś urzędzie miałem odpowiedzieć na pytanie o zawód, z roztargnienia zamiast,pilot” powiedziałem „alpinista”. A chociaż zaraz się poprawiłem, jedno jest taką samą prawdą, jak drugie, bo teraz znam siebie już trochę i wiem, że jednakowo przyciągają mnie nie przebyte jeszcze góry i samoloty, na których nikt dotąd nie wzbił się w powietrze. Mając dwadzieścia pięć lat wziąłem udział w wyprawie na „dach świata” — północną część Pamiru. W rok później byłem wśród tych, którzy zdobywali trzeci z kolei najwyższy szczyt świata, Kangchendżongę. Wyprawa ta pociągnęła za sobą tragiczną śmierć jednego z moich towarzyszy, a mnie przyprawiła o rozszerzenie mięśnia sercowego, tak że pół roku przebywałem w sanatoriach Południa. Zaledwie powróciłem do służby lotniczej, głośna stała się wyprawa na Wenus, której potrzebny był pilot samolotu zwiadowczego. Zgłosiłem się i wybrano mnie spośród kilku tysięcy ochotników.

Piszę to w dwudziestej ósmej godzinie naszego lotu. Kiedy podnoszę głowę, widzę na ekranie wewnętrznego telewizora białą tarczę oddalającej się Ziemi. Zdaje mi się, że zakończyłem jakby jedno moje życie i zaczynam drugie. W takiej chwili wolno chyba pociągnąć grubą kreskę pod wszystkim, co było dotąd. Wiem, że wielu rzeczy nie potrafię, gdyż mam na to zbyt małe zdolności. Dlatego nie próbowałem nigdy wstąpić na drogę naukową. Wiem, że daleko mi do takich ludzi, jak Czandrasekar, Arseniew czy Lao — Czu, z którymi będę razem w dobrym i złym.