Wiem, że wszystko, cokolwiek robiłem w życiu, robiłem może zbyt pochopnie, może ze zbyt gorącym sercem, ale mocno, tak mocno, jak tylko umiałem. Starałem się zawsze wierzyć w ludzi, a jeśli gniewałem się na kogoś, to najbardziej na siebie za to, że nie umiałem być takim jak Hannibal Smith. Kiedy pierwszy raz powiedziałem dziewczynie, że ją kocham, nie umiałem znaleźć dość wielkich i pięknych słów dla wyrażenia wszystkiego, co czułem. Dlatego powiedziałem jej, że miłość w moim wyobrażeniu to nie sfery wysokiego lotu ani niebo, w którym tak często przebywam, ale że to jest coś takiego jak ziemia, w co można słupy wbijać, na czym można mury stawiać i domy budować. Inna rzecz, że jej to nie przekonało.

Navigare necesse est

Miejscem startu był zachowany w dawnej pustyni Gobi z górą tysiąchektarowy obszar piasków. Przywiózł mnie tam samolot sterowany przez kolegę z Centralnej Służby Powietrznej, który milczał przez całą drogę, trochę dlatego., że kiepskie warunki atmosferyczne zmuszały go do uwagi, a trochę dlatego, że także starał się o miejsce w wyprawie i przegrał.

Było mi wobec niego nieprzyjemnie, ale zapomniałem o wszystkim, kiedy z wysokości sześciu tysięcy metrów zobaczyłem leżącą na piaskach srebrną rakietę. Samolot, którym przybyłem, podrolował do niej i zaraz odleciał. Z pewnym wahaniem podawałem rękę koledze. Znaliśmy się zbyt krótko, by zostać przyjaciółmi, lecz byliśmy na najlepszej do tego drodze, i obawiałem się, żeby ta rzecz nie stanęła między nami, bo on ma dopiero dwadzieścia jeden lat. Ale w chwili gdy powstał z siedzenia i wychylił się ku mnie — byłem już na skrzydle — poczułem, że wszystko jest dobrze, a kiedyśmy się ucałowali, wiedziałem, że jest bogatszy o coś trudnego i pięknego, bo w tej chwili wyrzekł się tej wielkiej przygody z własnej woli — dla mnie. Dlatego, kiedy maszyna znikła i ruszyłem ku rakiecie, zrobiło mi się na chwilę ciężko. Ludzi, z którymi miałem lecieć, prawie nie znałem. Sołtyka spotykałem dawniej w Centralnym Ośrodku Szkolenia Lotniczego, lecz z uczonymi zetknąłem się dopiero kilka miesięcy przedtem w Leningradzie, na przeszkoleniu technicznym. Miało ono charakter oficjalny, oczywista więc, że byłem dla nich obcy jak oni dla mnie. Brnąłem w głębokim piasku ku małej grupce ludzi pod ścianą Kosmokratora i dopiero gdy dzieliło mnie od nich nie więcej niż sto kroków, pomyślałem, że obawy moje mogłyby się komuś wydać śmieszne: odczuwałem coś w rodzaju tremy nie przed podróżą na Wenus, lecz przed nie znanymi ludźmi. Dobrze zrozumie mnie tylko ten, kto był z kimś drugim w okolicznościach, które, jak się to mówi, poddają człowieka próbom na rozciąganie i skręcanie — chociażby na ciężkiej wspinaczce, kiedy raz samemu asekuruje się drugiego, to znów jest się asekurowanym. Słowa „polegać na kimś jak na sobie” nabierają wtedy, u końca łączącej liny, ostatecznego znaczenia.

Oficjalne pożegnanie wyprawy odbyło się już tydzień wcześniej. Nie byłem na nim obecny, gdyż musiałem załatwiać formalności związane z moim odejściem z lotnictwa. Teraz na tym ocalałym skrawku pustyni, wśród piasków, pod bladym niebem, stało zaledwie kilkanaście osób — rodziny odlatujących, prezes oraz kilku członków Akademii Nauk. Ogarnęło mnie uczucie osamotnienia. Nikt mnie nie oczekiwał — matka moja umarła przed dwoma laty, ojciec zaś nie mógł wyjechać z Piatigorska. Ale w tej chwili rozległ się głos samolotu. Maszyna, którą przyleciałem, schodziła w dół. Nad samą rakietą pilot przekazał mi ostatnie lotnicze pozdrowienie, pochylając skrzydła na boki. Stałem jeszcze zapatrzony w znikający samolot, kiedy podszedł do mnie Arseniew. Podał mi rękę, a potem nagle przyciągnął do siebie.

— A więc jesteś nareszcie, człowieku z Kangchendżongi — powiedział, a ja mogłem mu odpowiedzieć tylko uśmiechem.

Start wyznaczony był na godzinę pierwszą po południu. Wybrano tę bezludną okolicę, gdyż dla szybkiego przebicia atmosfery należało ruszyć wielką mocą, a wyrzucane z rakiety chmury atomowe mogłyby wyrządzić niebezpieczne spustoszenia.

Kiedy pozdrowiłem wszystkich, udałem się z inżynierem Sołtykiem na przód statku, żeby po raz ostatni sprawdzić przeznaczony dla mnie samolot wywiadowczy. Rychło jednak oderwano mnie od tego zajęcia. Pod samą ścianą rakiety, na piaszczystej wydmie, odbyło się pożegnanie. Nikt nie wygłaszał oczywiście żadnego przemówienia. Padło tylko kilka słów, podnieśliśmy kieliszki jasnozłotego południowego wina, a potem już z platformy wejścia patrzyliśmy, jak gąsienicowe pojazdy uwożą pozostających na Ziemi poza granicę strefy startowej. Później weszliśmy do środka. Raz jeszcze przed zamknięciem klapy odwróciłem się, a chociaż pustynny krajobraz był mi obcy, poczułem się z nim dziwnie mocno związany i coś chwyciło mnie za gardło. Pustynia leżała teraz zupełnie bezludna, ale wiedziałem, że kilka kilometrów za horyzontem stoją rozstawione szerokim kręgiem stacje radarowe, które pochwycą pocisk w pęki swoich fal i będą go wieść przez całą drogę.

Weszliśmy do Centrali i tutaj Sołtyk objął dowództwo. Położyliśmy się wszyscy na rozłożonych fotelach, przykrępowali pasami i teraz przyszło to, czego najbardziej nie cierpię: czekanie. Wskazówka zegara skakała odmierzając ćwiartki sekund. Nareszcie Sołtyk, leżący przy czarnym okapie Prediktora z ręką na jego dźwigniach, odwrócił się do nas na mgnienie oka. Uśmiechał się. Całe moje podniecenie prysło, kiedy ujrzałem ten uśmiech. To była jego chwila, ta chwila, o której marzył. Wskazówki na tarczy doszły do swego miejsca. Sołtyk nacisnął czerwony guzik, wszystkie światła na tablicach zagrały i — zaczęło się.

Najpierw krótki grom. To pracowały odpalane seriami pomocnicze rakiety tlenowodorowe. Pocisk, ryjąc ciężko w piasku, wznosząc się i opadając jak potworny pług, targany wybuchami, ruszył nierówno i niezgrabnie. Potem wybuchy zgęstniały. Piekielne podrzuty, szorowanie o grunt, skoki i upadki; lataliśmy na wszystkie strony, choć umocowani elastycznymi pasami.