Wszyscy zgodzili się na ten projekt. Milczałem sądząc, że nie może to mnie dotyczyć, gdyż zapewne mówić się będzie o pracach i odkryciach naukowych. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Arseniew zwrócił się do mnie, żebym rozpoczął ten, jak go nazwał, cykl „opowieści trzydziestu czterech nocy”. Zmieszany, zacząłem się wymawiać, jakbym w samej rzeczy do ostatniej chwili prowadził życie biuralisty, któremu nie przydarzyło się nic godnego uwagi.
— Co z tego, że jest pan wśród profesorów — jakby kpiąc lekko, powtórzył moje ostatnie słowa astronom. — Nie ma tu żadnych profesorów, tylko towarzysze podróży. A co do wspomnień, to wiem, że godnych opowiedzenia każdy z nas może panu tylko zazdrościć.
Mimo to broniłem się, wreszcie obiecałem coś opowiedzieć w ciągu najbliższych dni, kiedy wsłucham się w cudze słowa i gdy powstanie już nastrój opowieści. Może wtedy pójdzie mi lepiej, ponieważ zawsze najciężej mi zacząć. Jakoż, pokiwawszy ganiąco głową nad moja nieporadnością opowiadacza, Arseniew zwrócił się do naszego chemika, doktora Rainera. Byłem rad z tego, że właśnie Rainer miał mówić, ponieważ nigdy go dotąd nie widziałem. Podobnie jak mnie, zatrzymały go z dala od reszty towarzyszy jakieś sprawy w Niemczech i przybył na miejsce startu w przeddzień odlotu. Jest to mężczyzna lat może czterdziestu, siwawy, w okularach, niepozorny i nad wyraz spokojny. Miał właśnie zacząć, kiedy zjawił się Sołtyk, dyżurujący dotąd w Centrali, z wiadomością, że radio północnej półkuli będzie za chwilę nadawać specjalną audycję dla nas. Przełączyło się więc głośnik do wspólnej kabiny i tu, w głębokich fotelach przy okrągłym stole, słuchaliśmy muzyki Beethovena, ścigającej nas na falach eteru przez próżnie międzyplanetarną. Kiedy koncert się skończył, była pierwsza w nocy, lecz nikt nie czuł senności i Rainer rozpoczął opowieść. Tu znowu przeszkodził mu Sołtyk. Należało wprawić rakietę w ruch wirowy. Prediktor wyłączył przed kwadransem silniki napędowe, a że już znacznie odsądziliśmy się od Ziemi, jej grawitacja wyraźnie osłabła i przy żywszych ruchach zdarzało się niejednemu z nas podrzucić filiżankę w powietrze, kiedy chciał ją tylko podnieść do ust. Przedmioty i nasze własne ciała z każdą chwilą stawały się lżejsze. Sołtyk wyszedł do Centrali i po jakiejś minucie poczuliśmy, że zmienia się ruch pocisku. Przez krótką chwilę trwało niemiłe uczucie zamętu, spowodowane powstającą przy wirowaniu siłą odśrodkową, potem jednak wszystko znikło, a ciała nasze stały się normalnie ciężkie. Kiedy Sołtyk wrócił, Rainer mógł wreszcie przystąpić do opowiadania.
— Nie wiem, czy to, co powiem — zaczął — może kogoś zaciekawić. Jest to historia dosyć specjalna i dziwna. Mógłbym ją zatytułować „Polimery” — tytuł dość odstraszający, prawda? — zwrócił się do nas z nieśmiałym uśmiechem, za który go polubiłem. — Mieszkałem wtedy w starej, portowej dzielnicy Hamburga. Byłem doktorantem i objąłem laboratorium syntezy organicznej u mego nauczyciela, profesora Huemmla. Jakiś rok przedtem laboratorium pracowało nad syntezą nowego rodzaju gumy, tak zwanej gumy krzemowej, gdyż atomy węgla zastępuje w niej krzem. Przemysł lotniczy zaangażował do tego wszystkie swoje instytuty chemiczne, bo od wytworzenia owej gumy zależała przyszłość lotnictwa. Jak wiecie, nowoczesne samoloty lądują z taką szybkością, że opony ze zwykłej gumy rozlatują się od tarcia albo spalają z gorąca. Teoria obiecywała, że guma krzemowa będzie niewrażliwa na występujące w tych warunkach najwyższe temperatury, Gdyby nie udało się jej stworzyć, konstruktorzy musieliby zupełnie zarzucić istniejące systemy podwozi. Kiedy przyszedłem do Instytutu, sprawa była właściwie uznana za przegraną. Na badania zostały wydane olbrzymie sumy, zużyto ogromne ilości odczynników, poniszczono masę aparatów specjalnych i napisano dziesiątki sprawozdań bez najmniejszego rezultatu. Na papierze wszystko wyglądało bardzo ładnie, ale w praktyce nie wychodziło nic. Pierwszym moim zadaniem było uporządkowanie laboratorium i przygotowanie go do prac z innej dziedziny. Całymi tygodniami musiałem czyścić tę stajnię Augiasza. Możecie sobie wyobrazić, co się tam działo, jeśli powiem, że przez ostatnie miesiące załoga naukowa prawie nie wychodziła z laboratorium, a trzej moi starsi koledzy, Jaensch, Hoeller i Braun, po prostu w nim mieszkali. Zostały po nich całe stosy popróchniałych, nadwęglonych i spalonych próbek gumy, setki potłuczonych kolb, całe kilometry taśmy plastycznej i chociaż razem ze studentami pracowaliśmy jako zamiatacze i sprzątacze, jeszcze w miesiąc po objęciu przeze mnie laboratorium to pod jakąś szafa, to w termostacie odkrywało się istne złoża tej nieszczęsnej gumy. Ja sam także, jak się to mówi, siedziałem w polimerach, ale interesowały mnie raczej z teoretycznego stanowiska. Są to, jak wiecie, całe ciała utworzone przez połączenie się dużej ilości takich samych cząstek chemicznych. Powstają w ten sposób molekuły gigantycznych rozmiarów i zachowania ich w żaden sposób nie można przewidzieć na podstawie znajomości cząstek pierwotnych. Pociągały mnie pewne badania nad polizbbutylenem i polistyrenem, a także nad gumą, ale gumą zwykłą, która jest najbardziej może znanym polimerem. Chciałem stworzyć teorię zachowania się wszystkich w ogóle polimerów. Może usprawiedliwi mnie to, że miałem 24 lata, a kiedy się jest już w tym wieku, to po przeczytaniu jednej pracy fachowej możliwości odkryć strzelają człowiekowi w głowie jak fajerwerki. Jeszcze zanim przyszedłem do laboratorium, obłożyłem się literaturą i pomału, nie zauważywszy nawet jak, zacząłem grzęznąć. Gromadziłem fakty i opisy doświadczeń, coraz więcej faktów na małych kwadratowych karteczkach, które układałem najpierw w pudełkach od papierosów, potem w specjalnych segregatorach, potem w szufladach na półkach, na stole, a potem to już cały pokój pełen był owych kartek, w których jeszcze się orientowałem, ale przeczuwałem, że nadejdzie chwila, kiedy mnie zaleją i zatopią. Tymczasem od upragnionej teorii byłem wciąż jednakowo daleko. Te moje miłe polimery zachowują się bardzo ciekawie. Niektóre z nich mają w dwu wymiarach przestrzeni takie własności, jak płyny, a w trzecim — jak ciała stałe. Guma znowu zachowuje się jak gaz idealny, gdyż ochładza się przy rozciąganiu, a przy kurczeniu — ogrzewa. Najbardziej interesowała mnie właśnie guma. Po cichu myślałem, że uda mi się dojść na drodze teoretycznej do tego, czego koledzy moi nie potrafili zrobić eksperymentem. Na początek, żeby się trochę wyćwiczyć w technice doświadczeń, robiłem, tak jak oni przedtem, zdjęcia rentgenowskie małych klocków gumowych w rozmaitych warunkach: to rozciągałem je, to poddawałem wysokiemu ciśnieniu, to znów trawiłem kwasami. Potem zapisywałem wyniki i całymi wieczorami marzyłem o tej mojej teorii. Nie mogę inaczej powiedzieć, bo daleka była jak Ziemia Obiecana. Guma nie rozciągnięta daje na fotografii rentgenowskiej taki obraz jak płyny, to znaczy chaosu pokłębionych cząsteczek. Pod wpływem rozciągania obraz zmienia się i struktura staje się podobna do kryształu. Dzieje się tak dlatego, że te długie, pokręcone łańcuchy atomów, z których zbudowana jest guma, pod wpływem rozciągania napinają się, prostują i z chaotycznej plątaniny stają się równoległymi pasmami, co daje właśnie ów krystaliczny obraz. Tak więc prażyłem, ściskałem, oziębiałem, suszyłem i znów prażyłem kawałki gumy, aż pewnego wieczora cały zapas mi się skończył. Poszedłem do laboranta, który powiedział mi. że w rupieciarni na górze jest jeszcze trochę kolb z próbkami tej starej gumy krzemowej. Machnąłem na nie ręką, ale nazajutrz zastałem na moim stole w laboratorium piętnaście zakurzonych kolb szklanych. Laborant przyniósł je z góry, chcąc mi się przysłużyć. W kolbach były czarne i lepkie szczątki doświadczeń. Hoeller nazywał je w swoim czasie stacjami męki, bo od jednej do drugiej próby płonął nadzieją, która za każdym razem waliła się w gruzy. We wszystkich kolbach nie było właściwie gumy, ale coś w rodzaju lepkiej mazi, której wolałem nie tykać. Za to w ostatniej kolbie znajdowała się ciemnopopielata, przyzwoita bryłka. Wsadziłem ją do aparatu, podgrzałem, zrobiłem zdjęcie rentgenowskie i poszedłem do dc — mu. Na drugi dzień zdjęcie było gotowe. Byłem przekonany, że zobaczę to samo, co dotąd: zupełny rozpad łańcuchów atomowych, nie trzymająca się kupy kaszę. Tymczasem ujrzałem idealną wprost siatkę krystaliczną. Nie wierzyłem własnym oczom. Guma poddana była przecież temperaturze około ośmiuset stopni i ciśnieniu tysiąca atmosfer, powinna więc była rozleźć się na klej. Tymczasem była nie naruszona. Otworzyłem aparat, do którego nie zaglądałem od poprzedniego dnia, gdyż ogrzanej kamery nie można otwierać, i znalazłem tam kawałek gumy najbardziej świeży, elastyczny i jędrny, jaki zdarzyło mi się widzieć. Zawołałem laboranta i spytałem go, czy wkładał coś do aparatu. Zaprzeczył. W ogóle do niego nie podchodził. Wciąż jeszcze nie bardzo wierząc, ponownie poddałem cudowny kawałek gumy wysokiej temperaturze i ciśnieniu, ale tym razem nie poszedłem do domu, lecz czekałem na ostygnięcie kamery. O ósmej wieczorem wyjąłem gumę: była jeszcze gorąca, lecz elastyczna, jakbym ją wyjął nie z pieca, lecz z szuflady. Na wszelki wypadek wykonałem jeszcze analizę chemiczną: była to guma krzemowa. Mimo spóźnionej pory chwyciłem próbkę wielkości może pudełka od zapałek, wszystkie zdjęcia rentgenowskie i pobiegłem do profesora, który mieszkał niedaleko. Zrazu nie chciał wierzyć, ale nazajutrz, gdy pod jego okiem jeszcze raz wykonałem wszystkie zabiegi, musiał się poddać. Mieliśmy przed sobą autentyczną próbkę gumy krzemowej, tego marzenia konstruktorów lotniczych, o własnościach wręcz idealnie odpowiadających przewidywaniom teoretycznym. Mieliśmy, lecz nic nam to nie dawało. W chemii organicznej jedyną właściwie wielką sztuką jest zmusić atomy, aby łączyły się tak, jak to nam odpowiada. W tym kawałku gumy, który mieliśmy, zaszło właśnie takie zjawisko, lecz nie wiedzieliśmy, jak się to stało. Innymi słowy, nie mieliśmy recepty produkcyjnej ani najmniejszego pojęcia, w jaki sposób do niej dojść. Rzecz prosta, pierwsze, co zrobiliśmy, to było zawezwanie Hoellera, Brauna i Jaenscha, którzy w tym czasie pracowali w berlińskim Instytucie Paliw Płynnych. Depesze zredagowałem sam, i to tak, że wszyscy trzej przylecieli jeszcze tej samej nocy samolotem i obudzili mnie nad ranem, dobijając się do drzwi mego mieszkania. Kiedy uciszyły się trochę okrzyki i pytania, okazało się, że wiedzą tyle samo, co ja i mój profesor, to znaczy nic. Bez trudu odnaleźliśmy protokoły doświadczeń. Próbkę numer 6 439, pod którą to liczba wciągnięta była niezwykła guma, odrzucono niegdyś jako bezwartościową, a z załączonego zdjęcia rentgenowskiego wynikało, że nie było mowy o jakiejś pomyłce. Byliśmy tak bardzo w kropce, tak zupełnie zdezorientowani, że jednemu z nas wyrwało się wprost humorystyczne w ustach fachowca zdanie: „a może ta guma przez ten czas dojrzała?” Nonsens ten stał się potem przysłowiem, nieraz powtarzano go jako dowcip, kiedy ktoś nie dawał sobie rady z jakimś zagadnieniem. Po czterech dniach koledzy, którzy musieli wracać do Instytutu Berlińskiego, machnęli na wszystko ręką i pojechali. Zostałem sam z kawałkiem tej nieszczęsnej gumy, ze zniecierpliwionym profesorem i z płomieniem w głowie, który nie dawał mi spać ani jeść.
Nie myśląc już wcale o mojej teorii polimerów, zabrałem się do powtarzania wszystkich etapów doświadczeń, które doprowadziły do wyprodukowania owej próbki. Recepty produkcyjne miałem przecież w protokołach. Nie będę się rozwodził nad tym, co robiłem. Powiem tylko, że syntezę tę przeprowadziłem 518 razy, trzymając się recepty z jakąś po prostu ślepą, niewolniczą dokładnością, i zamęczałem kolegów berlińskich telegramami, żeby mi podali dokładnie wszystkie okoliczności, jakie towarzyszyły ich pracy nad tą próbką. Gdyby tu był chemik, zrozumiałby mnie. Wiadomo, że w chemii, gdzie ilość możliwych kombinacji ciał reagujących jest praktycznie biorąc nieskończona, robi się czasem odkrycia przypadkowo, na przykład dlatego, że ktoś strząsnął do kolby szczyptę popiołu z papierosa, który stał się jądrem krystalizacyjnym reakcji. Albo że gdzieś piętro niżej malowano korytarz lakierem zawierającym jakiś rzadki pierwiastek w ilości niesłychanie znikomej, lecz dostatecznej do skatalizowania tej jednej potrzebnej reakcji, która w żaden inny sposób nie chce ruszyć z miejsca, choćby się całe laboratorium stawiało na głowie. Koledzy odpowiadali mi i robiłem wszystko, co miało sens, a więc zmieniałem temperaturę, katalizatory, ciśnienia, robiłem też wiele więcej rzeczy, które sensu nie miały, i doszedłem do tego, że zacząłem być przesądny. Najbardziej nawet pedantycznemu eksperymentatorowi, jeśli naprawdę zostanie opętany jakimś problemem, po pewnym czasie zdarza się, że nie jest w stanie panować nad całym swoim materiałem. Mówiąc po prostu, w laboratorium zaczął panować nieporządek, który profesor Huemmel nazywał bałaganem, zrazu poza moimi plecami, a potem powiedział mi to w oczy, pytając, jak długo jeszcze państwo ma łożyć na moją kosztowną zabawę. Podałem okres czteromiesięczny, bo był to pierwszy termin, który przyszedł mi do głowy. Prawdę mówiąc, nieporządek, jaki się u mnie szerzył, do pewnego stopnia sam pielęgnowałem, ponieważ gdzieś na dnie duszy wierzyłem, choć nikomu bym się nigdy do tego nie przyznał, że w takim nieco pierwotnym chaosie może szczęśliwy przypadek przyjdzie z pomocą i odkryję to tajemnicze coś, co pomogło stworzyć okaz doskonałej gumy krzemowej.
Próbkę tę miałem u siebie nad stołem laboratoryjnym, pod szklanym kloszem, a ilekroć wylawszy do zlewu cuchnące reaktywy po nieudanym doświadczeniu wracałem zniechęcony do stołu, wzrok mój padał na ten mały ciemny kubik materii, i to było nowym bodźcem do pracy.
Bardzo bolesna jest chwila, kiedy młodość pojmuje, że samym tylko świętym żarem, samą wolą odkrycia nie posunie się ani o milimetr naprzód. Kiedy już liczba moich nieszczęśliwych doświadczeń przekroczyła tysiąc, a laboranci, wynosząc całe kosze zwęglonych próbek, mrużyli do siebie oko, przypomniałem sobie o Morzu Północnym — bo mówiłem wam, że to wszystko było w Hamburgu.
Wypowiadając te słowa Rainer zwrócił się w bok, gdzie nad matową boazerią wystawał ze ściany ekran telewizora, i trzymanym w ręce patyczkiem, którym bawił się dotąd, wskazał na jedno miejsce Ziemi. Jej północna półkula, świecąca przyćmionym chmurami blaskiem, wyłaniała się z czarnego tła. Na samym brzegu tarczy, między ramię Półwyspu Skandynawskiego a ciemny masyw Europy, wchodziło morze — i pałeczka, błądząc po szkle ekranu, przeszła zapewne nad miejscem, gdzie u podstawy Półwyspu Jutlandzkiego leży Hamburg. Chyba pierwszy raz od swego powstania posłużył się człowiek kulą ziemską, widzianą z odległości tysięcy kilometrów, jako mapą. Prosty gest Rainera przeniósł nas nagle ze wspomnień w głąb przestrzeni międzyplanetarnej. Tymczasem chemik, który dłuższą chwilę wodził pałeczką po ekranie, jakby mu to sprawiało dziecinną trochę przyjemność, ciągnął:
— Zacząłem chodzić do portu, nad morze, żeby ostudzić głowę. I jak przedtem wydawało mi się, że wiem wszystko i tylko krok dzieli mnie od drzwi, od tych naszych drzwi — zrozumie mnie każdy, kto choć raz w życiu zakosztował odurzającej radości zbliżania się ku drzwiom, za którymi jest rozwiązanie zagadki — a więc jak dawniej byłem pewny siebie, tak teraz wydawało mi się, że nic nie wiem, i co gorsza, nic z tego nie będzie, no bo, mówiąc po prostu, jestem za głupi i tyle.
Morze było wtedy ku jesieni coraz burzliwsze i po wodach, tych tłustych, ciemnych wodach portowych, krążyły berlinki, dalej, na otwartym morzu, szły statki, parowce, a od czasu do czasu pojawiały się żagle kutrów rybackich. Chodziłem na molo i przebywałem na jego końcu bardzo długo, tak że wartownicy zaczęli zwracać na mnie uwagę sądząc, że to może jakiś nie całkiem jeszcze zdecydowany samobójca. Ale ja miałem głowę tak bardzo zapchana krzemianami i polistyrenami, że nie widziałem ani ich, ani nawet morza i statków — to znaczy zdawało mi się, że nie widzę. Byłem trochę jak dziecko, które dostało rozsypaną mozaikę z wielu małych cząstek i ma ją złożyć w całość, ale nie umie tego zrobić. Nie wiedziałem, co do czego przystawić, i tak tylko, trochę z nawyku, a trochę z rozpaczy, składałem w głowie to ten, to inny fragment, i wszystko było nie tak. Zacząłem chodzić po profesorach i zamęczać ich pytaniami, aż jeden zniecierpliwiony powiedział mi:,Więc co mam właściwie zrobić za pana?” — i w ten sposób pozbył się mnie na zawsze i innych ode mnie wybawił. Znów wróciłem nad morze. Teraz wiem, ale wówczas nie wiedziałem bo głowę miałem, jak powiadam, szczelnie wypchaną polistyrenami — że odchodziłem do domu dopiero wtedy, kiedy powracała flotylla rybacka, a zwłaszcza jeden nieduży żaglowiec, szybszy od wszystkich kutrów. Bardzo ciekawe miał ułożenie żagli. Kilka razy, choć robiło się ciemno, jak gdybym na niego czekał. Śledziłem jego drogę wśród łamiących się fal z pewnym niezrozumiałym zaciekawieniem, bo się na żegludze nie znam, a jego szczególne, trochę skrzydlate ożaglowanie nie mówiło mi nic takiego, co bym mógł świadomie skojarzyć z moimi sprawami. Po prostu stateczek ten był dla mnie sygnałem, że przechadzka na molo ma się ku końcowi.