Pewnego wieczoru stałem tak na betonowym cyplu mola i czekałem, gdy zaczął padać deszcz. Pogoda, dotąd wietrzna, zmieniać się poczęła w burzę. Kiedy zapadł już prawie zupełny mrok, ukazały się kutry. Ten najszybszy był doskonale widoczny, bo białymi żaglami odcinał się od ciemnego morza. Fala szła bardzo wysoka i biła w falochron z taką siła, że po kilkunastu minutach ubranie moje zupełnie przemokło, lecz coś, czego nie umiem nazwać, nie pozwalało mi odejść. Wiatr wzmagał się wciąż, wył przeraźliwie, a cała powierzchnia morza wznosiła się i opadała. Wszystkie kutry zwijały żagle, tylko biały stateczek szedł pod pełnymi, nawet nowe jeszcze rozwijał i wyglądał jak biały, zanurzający się po pierś w wodzie ptak, który usiłuje się wzbić gwałtownym wymachem skrzydeł. Może zresztą obraz był mniej poetycki, ale, jak powiadam, jestem szczurem lądowym i na żeglarstwie nie znam się zupełnie. Kiedy zobaczyłem, jak ów statek, nabierając szybkości, z wydętymi żaglami wypływa spośród innych, mija je i oddala się w mgłę i ciemność, zaszło we mnie coś, co kazało mi natychmiast wrócić do domu. Pomyślałem, że mam organizm mniej wytrzymały od głowy, żądnej jeszcze jakichś lirycznych wzruszeń, kiedy on chce tylko odpoczynku. Przyszedłszy do domu, układałem moje kartki i — niech się śmieje z tego, kto może — wypisałem nową literaturę, którą powinienem jak najszybciej poznać. Tak, z piórem w ręku, zasnąłem nad biurkiem w połowie pisanego słowa. Sen miałem dziwny. Śniły mi się polistyreny i butadieny, ale to w tym czasie nie było niczym niezwykłym. Dziwne było to, że zachowywały się, jakby w nie dął potężny wicher. W jego tchnieniu układały się nie tak, jak Bóg przykazał, a raczej jak tego wymagają wzory z podręczników, ale jak wzdęte żagle. Im mocniej dął wiatr, tym szerzej rozkładały się wzory, a między nimi leciał jeden wydłużony jak czółenko na warsztacie tkackim, zszywające osnowę. Czółenko? Ale nie, to był ów biały stateczek — i oto powstawała wielka siatka krystaliczna… Budząc się odczuwałem przeraźliwy lęk, że zapomnę sen, i, wychodząc z niego na jawę, natychmiast zacząłem pisać, widząc z pewnym przerażeniem nawet, oczywiście radosnym, jak mi się pod piórem rodzą wzory.
Rainer urwał.
— Piękne wzory… — powiedział z ledwo dosłyszalnym westchnieniem i znów się uśmiechnął, jakby przepraszająco. — Nie mogę ich inaczej nazwać: niezwykle piękne. Zaledwie napisał mi się ostatni, rzuciłem się do drzwi, porwałem płaszcz biegnąc przez przedpokój i bez czapki, z goła głową, w strumieniach deszczu, przez całą drogę kłusując, bo nie mogłem zdobyć się na to, by spokojnie usiedzieć w kolejce, dotarłem do Instytutu. Była czwarta nad ranem. Zbudziłem laborantów, którzy, przerażeni moim zjawieniem się i wyglądem — woda ciekła ze mnie jak z topielca — nie śmieli nawet patrzeć na siebie porozumiewawczo. Biegałem przed nimi i krzyczałem, błagałem, prosiłem, żeby sobie przypomnieli, czy rok temu, kiedy pracowali tu Jaensch, Braun i Hoeller, nie było na dolnej sali jakiegoś silnego przyrządu elektronowego, jakiejś wielkiej rury próżniowej, na przykład Crookesa, albo może nowego mikroskopu elektrycznego. Aż wreszcie — a trwało to, zaręczam, z pół godziny, zanim zdołałem skruszyć senność i zdumienie tych flegmatycznych hamburczyków — aż wreszcie najstarszy, Wolf, niech będzie jego imię błogosławione, przypomniał sobie, że w salach niczego nie było, ale na jakiś miesiąc przed końcem badań zainstalowano na parterze linijny akcelerator cząstek typu „V”, to znaczy vertikal, z pionową rurą wylotową. Po dwu dniach prób przeniesiono go do innego budynku, ponieważ stwierdzono, iż jego promieniowanie jest tak silne, że przenika przez stropy wszystkich pięter i może wywierać szkodliwe działanie na ludzi znajdujących się w salach.
„Data! Dokładna data! Kiedy to było?!” — zawołałem. Ociągając się powiedział. Przebiegłem koło zdumionych laborantów, chwyciłem z szafki klucze, wpadłem do laboratorium i po chwili byłem już we wnętrzu wielkiej tajemnicy. W dniu, w którym akcelerator został zainstalowany, sporządzono próbki od numeru 6 419 do 6 439. Tak więc i ta cudowna znajdowała się między nimi jako ostatnia. Była do niczego, jak wszystkie inne. Po dokonaniu zdjęcia rentgenowskiego, zostawiwszy ten kawałek gumy w gorącym piecu, wszyscy opuścili laboratorium. Gdy na górze nie było już nikogo, technicy przystąpili na parterze do prób akceleratora. Strumień wyrzuconych cząstek elektrycznych, przebywszy trzy piętra, dotarł do wnętrza wciąż jeszcze gorącej kamery i spolaryzował polistyreny tak, że powstała guma krzemowa.
Rano, nie podejrzewając nawet cudownej przemiany, wyrzucono próbkę do rupieciarni jako bezwartościową. To jest właściwie koniec mojej historii. Potężnym wichrem, który układał atomy w siatkę kryształu, był potok cząstek elektrycznych. W taki sposób powstała metoda produkcyjna zwana czasem metodą Rainera… a pomógł w tym mały stateczek ze śmiałą załogą, pięknym ożaglowaniem, i ten burzliwy czas w porcie hamburskim. Nigdy o tym dotychczas nie mówiłem i na Ziemi, pośród kolegów, nie bardzo bym się na to ważył, ale tu…
Rainer zamilkł. Po chwili Czandrasekar powiedział: — To było bardzo ciekawe. Piękny przykład tego bogactwa, tej równoczesnej wieloplanowości zjawisk zachodzących w ludzkim umyśle. Trochę podobnie dzieje się, kiedy ulica gdzieś daleko przejeżdża ciężki samochód, a wśród wszystkich szklanych i porcelanowych naczyń, które wypełniają kredens, jedno odezwie się i cichutko, sennie zabrzęczy. Ta odpowiedź na daleki odzew to oczywiście rezonans, ale tak samo właśnie było z pańskim żaglowcem, kolego Rainer. I jak cisza niezbędna jest w pokoju, żebyśmy mogli usłyszeć cichutki głos tego przebudzonego dalekim drżeniem dzbanuszka, tak samo panu niezbędny był sen. Przerwał on i wyłączył głęboko poprzecierane, zamknięte w sobie koleiny, którymi krążyła w kółko i w których tłukła się pańska myśl, co umożliwiło jej znalezienie zupełnie nowej drogi. Pańska podświadomość dawno już domyślała się czegoś, gdy pan z uporem godnym lepszej sprawy udawał, że o niczym nie wie. To jest, oczywiście, nie udawał, ale naprawdę nie wiedział…
— To mi przypomina pewną rzecz — zaczął Arseniew, lecz spojrzawszy na zegarek potrząsnął głową. — Pół do czwartej — powiedział. — Myślę, że najwyższa pora, by udać się na spoczynek, prawda?
Przytaknęli wszyscy. Sądzę, że każdy wziął coś z opowiadania Rainera dla siebie i chciał zostać sam ze swoimi myślami.
— A więc, choć nie ma u nas nocy, dnia ani pór doby, życzę wam dobrej nocy, przyjaciele — rzekł Arseniew prostując swą wielką postać. Udaliśmy się w milczeniu do kabin. Pocisk mknął, lecz gwiazdy na ekranie stały nieruchomo. Raz jeszcze spojrzałem na nie, zanim głowa, pełna zmieszanych wrażeń dnia, dotknęła poduszki. Tej nocy śnił mi się mój pierwszy lot.