Tu uśmiechnął się — jego uśmiech zaskakuje najbardziej tym, że pojawia się znienacka i zupełnie odmienia twardą z pozoru twarz.
— No cóż, opowie pan nam przecież, prawda, pilocie? Wiedział, że nazywając mnie tak, trafia w moje słabe miejsce. Wiedział i śmiał się.
— A więc, do licha! — powiedziałem. — Słuchajcie. Wszyscy siedzieli ze wzrokiem skierowanym we mnie, poważni, i tylko Arseniew uśmiechał się, gdy zacząłem mówić, ale w miarę moich słów, kiedy od czasu do czasu nań patrzałem, widziałem, jak przemienia się jego uśmiech, jakby nie był już dla ludzi, jakby naprawdę pojawiły się wokół nas nieskończone pola śniegowe.
— Himalaje — zacząłem. — W Himalaje wyprawy idą z końcem zimy.
I od tych słów padł na mnie czar. Nie byłem już w kabinie, nie czułem plecami miękkiego oparcia, świetlne punkty gwiazd w czarnym telewizorze ukłuły mnie w oczy jak refleksy słońca w lodowcu. Zobaczyłem blady, odbarwiony błękit nad szczytami i usłyszałem jedyny, niezapomniany rytm, tętno serca niezmordowanie bijącego w rozrzedzonym powietrzu. Wydało mi się, że czuję ucisk liny na lewym ramieniu, a prawa dłoń mimo woli zamknęła się, jakby w niej tkwił toporek czekanu.
— W Himalaje idzie się z końcem zimy, bo latem wieje od Oceanu Indyjskiego monsun, który przynosi olbrzymie śniegi. Losy wyprawy zależą od warunków klimatycznych.
Między zimowymi burzami a monsunem jest zwykle kilkutygodniowa przerwa. Jeśli jednak monsun nadchodzi wcześniej, z końcem maja, cały obóz nagle wpada w śnieżycę. Wiatr zrywa liny, namioty z ludźmi zrzuca w przepaść, lawiny ruszają ze wszystkich zboczy naraz. Pamiętam… Urwałem.
— Dlatego idzie się z końcem marca. Dmą wtedy jeszcze zimowe wiatry północne i oczyszczają wyższe partie gór ze śniegu, mróz zaś jest z każdym dniem mniejszy. Pierwsi zdobywcy Himalajów używali flaszek z tlenem, ale dziś robi się to rzadko, bo kto raz zacznie oddychać tlenem, temu trudno oderwać się od maski i w razie uszkodzenia aparatu jest zgubiony. Tak więc zaczyna się aklimatyzacją przechodząc powoli z niższych obozów do coraz wyższych. Do wysokości pięciu tysięcy metrów iść mogą prawie wszyscy, do sześciu — mniej więcej co drugi dobry alpinista europejski, do siedmiu — co piąty, a powyżej siedmiu, tam gdzie zaczynają się najwyższe szczyty, dochodzi jeden na dwudziestu. Zresztą dojść to jeszcze mało, bo chodzi o to, żeby jak najdłużej wytrzymać. Biologowie mówią, że gdzieś na wysokości Mount Everest biegnie granica wytrzymałości ludzkiej na niedosyt tlenu. Przed wyprawą, podobnie jak moi towarzysze, przechodziłem długie próby w komorze z rozrzedzonym powietrzem i wyniosłem z niej doświadczenie, z którym godzą się wszyscy himalajczycy: w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.
Po krótkiej przerwie, oderwawszy oczy od gwiazd, ciągnąłem:
— Przed pół wiekiem Anglicy atakowali Mount Everest w ten sposób, że wyruszali ze sporą ilością tragarzy wybranych spośród górali Gurków i Szerpów i, rozbijając jeden obóz po drugim, usiłowali podejść pod sarn szczyt, żeby zdobyć go jednym całodniowym wypadem. Oczywiście szli bez obciążenia, bo wszystkie zapasy nieśli tragarze. Ich praca była zawsze cięższa od wysiłku alpinistów. W naszej wyprawie nie było podziału na tragarzy i alpinistów. Wszyscy po kolei przecieraliśmy trasę, zakładali liny i przenosili ciężary z obozu do obozu, i to ciągłe kursowanie pomiędzy dwoma etapami zostało mi w pamięci jako najuciążliwszy i najbardziej nieznośny okres całej wyprawy. Kangchendżonga, albo, jak ją nazywaliśmy w języku naszych biwaków, Kancz, liczy 8 579 metrów i jest trzecim z kolei szczytem świata. Jak inne ośmiokilometrowce, jest to właściwie olbrzymi system górskich łańcuchów, schodzących się gwiaździście w piramidzie szczytowej. Ze względu na niebezpieczeństwo lawin jedynym używanym szlakiem są w Himalajach granie. Wyprawa wznosi się po jednym z ramion masywu i po jego grzbiecie dąży do szczytu. I my postępowaliśmy podobnie. Pogoda w czasie, kiedy rozpoczyna się moja historia, była bardzo dobra. Był to końcowy etap naszych wysiłków. Mimo pięciotygodniowego szturmu szczyt nie został dotąd zdobyty. Dzieliły nas od niego niecałe dwa kilometry w linii powietrznej, a w marszu nieco więcej, bo grzbiet wygina się tam na kształt wyciągniętej litery S. Lada dzień musiał nadejść monsun. Daleko pod południowymi szczytami, które opadają stromo ku nizinie bengalskiej, kondensowały się już wełniste, mleczne obłoki. Nasz ostatni, jedenasty obóz leżał pod samą granią, na skośnej płycie, urywającej się przepaścią do lodowca Zemu. Nie chcę wam opowiadać wszystkiego, cośmy do tej pory przebyli, ale żebyście mogli pojąć choć trochę z tego, co się stało, muszę wyjaśnić, w jakim stanie znajdowaliśmy się wszyscy. Oczywiście mieliśmy początki choroby górskiej. Przede wszystkim — nieustająca bezsenność. Najgorsze były noce spędzane w śpiworze, kiedy człowiek kostniał od mrozu i wciąż budził się z braku tchu. Tętno w zupełnym spokoju około stu na minutę. Brak apetytu. Jadło się, bo się wiedziało, że trzeba jeść. Nieznośnie męczył wysilony oddech; powietrze zawiera na tej wysokości tylko trzecią część normalnej ilości tlenu. Do tego wszystkiego dołączały się powolne i później dopiero spostrzegane zmiany psychiki. Pierwsza nadchodzi obojętność. Wzięcie się do najbłahszej pracy, jak zebranie śniegu do przetopienia na wodę, wymaga ogromnego wysiłku woli. Szuka się miejsca na obóz, rozpala kuchenkę, suszy buty, a wszystko jakoś automatycznie, jakby to robił ktoś całkiem obcy. I tylko kiedy wychodzi się rano na nie przetarty szlak, kiedy się wie, że tą granią nie stąpała jeszcze noga człowieka, jakby się coś odmykało, jakieś ostatnie rezerwy… i wtedy zaczyna się iść. Przerwałem, bo wyschło mi w ustach. — Wyruszyliśmy o szóstej rano. Oprócz plecaków z termosem, paru tabliczkami czekolady i koncentratem witaminowym mieliśmy czekany, haki i spory zapas liny. Zorze zaczynały dopiero różowieć, gdy śnieg zaskrzypiał pęd butami. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem naszych dwu towarzyszy, jak stali przed namiotem okalając oczy dłońmi, gdyż szliśmy prosto w rozpalające się słońce. Wiedziałem, jak nam zazdrościli. Każdy z nich chciał być na naszym miejscu, ale już tylko my dwaj mogliśmy iść. Tamci czekali na towarzyszy, którzy mieli ich odprowadzić na dół.