Szedł ze mną mój przyjaciel Eryk. Mogę o nim powiedzieć tyle: był to człowiek, z którym — ze wszystkich na świecie — najlepiej mi się milczało. Rozumiałem go, że tak powiem, plecami, skórą, wiedziałem, czego chce, co ma na myśli, nie patrząc w jego stronę. Od samej jego obecności stawałem się silniejszy.
Jak zwykle na początku dnia, trzeba się było rozchodzić. Moim marzeniem było zrobić dwadzieścia kroków bez przystanku, lecz nigdy mi się to nie udało. Dwanaście kroków — to był mój rekord życiowy. Płuca chodziły jak miech, a kiedy trzeba było wyrąbywać stopnie czekanem, po kilku uderzeniach serce właziło do gardła.
Wstawał dzień, jaki zdarza się tylko w Himalajach. Poziome promienie słońca dzieliły przestrzeń na dwoje. W dole, w błękitnym cieniu, płynęła mgła. Przez jej okna przezierał lodowiec Kanczu, cały pręgowany pęknięciami. Dalej na wschodzie i północy wznosiły się Kangchendżau, Makau i Pauhunri, z żebrami skalnymi odwianymi częściowo ze śniegu. Boki ich poprzecinane były na szereg pięter długimi pasami obłoków. Zza nich, gdzieś aż z Tybetu, wysuwał się nieznany szczyt, szerokoramienna piramida z oślepiającym wierzchołkiem. Byliśmy już na ósmym kilometrze i większość szczytów leżała niżej, płynąc przez morza mgły. Tylko na zachodzie, o sto kilometrów, wysoko w niebie stał Mount Everest, biały, nieruchomy i tak olbrzymi, jakby nie stanowił części ziemi, ale jakby się zza horyzontu wysuwała jakaś obca planeta. Szedłem pierwszy, Eryk jakieś dziesięć kroków za mną. Śnieg sypał w oczy snopami iskier, rażących mimo ochronnych okularów. Usta od dawna miałem już spieczone i popękane. To był jeden z powodów, dla których porozumiewaliśmy się tylko krótkimi mruknięciami.
Kangchendżonga słynie ze swych upiorów lodowych, które czynią ją technicznie trudniejszą od Everestu. Szczególne warunki tajania, zamarzania i krystalizacji tworzą z mas śniegowych najniezwyklejsze formy. Kilometrami ciągną się na grani fantastyczne olbrzymy, jakby wzięte z koszmarnego snu, jakieś skręcone, cudem trzymające się skały wieże, słupy i całe labirynty z postapianych nawisów i nacieków lodowych. Czuby ich pod działaniem słońca okrywają się gładkim szkliwem. Tak powstają okapy i hełmy lodowe, z których zwisają rzędami wielometrowe stalaktyty. Brnąc wyżej kolan w śniegu, wybierałem drogę w takim właśnie krajobrazie. Grań na przemian zwężała się i rozszerzała. Niekiedy trzeba było iść samym jej brzegiem, omijając ostrożnie wieże śniegowe, aby nie wytrącić ich z równowagi. Czasem udawało się przejść je wierzchem: siedziałem wtedy na szczycie, wybierając linę, w miarę jak Eryk wspinał się ku mnie. To znów ryliśmy u podstawy zagłębienie w luźnym śniegu i szliśmy, tylko końcami palców opierając się o chwiejną budowlę. W pewnej chwili zamknął nam drogę ogromny grzyb z powtapianych w siebie brył starego i młodego śniegu. Wbiłem weń czekan, żeby spróbować, czy nie uda się wziąć go górą, ale wyczułem, że w środku jest zupełnie luźny. Cała ta masa, mająca może piętnaście metrów wysokości, pod którą grzebaliśmy się jak mrówki, mogła się w każdej chwili zawalić. Wyjrzałem w lewo, myśląc o trawersie nad lodowcem Zemu, ale firn na zboczu pokrywała siatka rys, grożąc lawiną. Po prawej stronie nie było nic. Kamień obrywał się jak ścięty nożem i leciał cztery kilometry pionem do lodowca Kanczu. W tym miejscu powstało coś w rodzaju ciasnego korytarza. Jego dach tworzył kapelusz grzyba, przechylony lodowym zaklęśnięciem. Długim szpalerem zwisały z niego pięciometrowe sople. Puściłem się w napowietrzną drogę. Szedłem kuląc się i spuszczając głowę, by nie zawadzić o „dach”. Między soplami migało niebo. Jeszcze kilka kroków i lodowy tunel skończył się. Przed nami było coś czarnego. Oczy miałem pełne lodowych błysków. Przez długą chwilę musiałem stać z zaciśniętymi powiekami. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem, że w grani zieje szeroka wyrwa. Zejść można było łatwo, ale po przeciwnej stronie znajdowała się ścianka, raczej próg, niewielki, lecz stromy. W Alpach nie byłby problemem, lecz tu, gdzie trudno myśleć o prostym podciągnięciu się na rękach, stanowił poważną przeszkodę. Rozglądałem się szukając możliwości trawersowania. Wszystko na darmo: od lodowca Zemu zbocze lawinowe, a po drugiej stronie — pionowe żebra przewieszone niżej płaskim garbem. Eryk stał przy mnie w milczeniu. Nic nie powiedział, po prostu podsunął mi swój plecak z hakami. Pokonanie ścianki zajęło nam dwie godziny. Zaścielał ją śnieg w sposób, który zgoła mi nie odpowiadał. Z dołu był mało widoczny, bo okrywał tylko wąziutkie listwy, wysuwając białe wypustki, jakby pajęczyną osmykał całą płytę. Był sypki jak proch. Nie dawał najmniejszego oparcia. Wbijane haki odzywały się pod młotem niskim, długim dźwiękiem, który w miarę pogrążania się trzonka staje się coraz krótszy i wyższy. Moja prawa ręka zmieniała się powoli w nieczuły ze zmęczenia bochen. Czułem tylko serce, olbrzymie, dławiące serce, które wypełniało całą pierś gwałtownymi uderzeniami. O dwunastej wyszedłem z cienia przekroczywszy jego górną granice i siadłem na szczycie uskoku. Eryk wybierał drogę jakieś pięć metrów niżej.
Pode mną — ogromne, nieruchome powietrze. W jego dnie — popękane fale lodowca, częściowo okryte płytami śniegu. Daleko, w cieniu grzbietu, którym przyszliśmy, wysuwały się z obłoków inne, niższe. W najdalszej głębi horyzontu, za lodowcem Passanram, wznosił się nad mgłami straszliwy masyw Sinioichu, niczym skalista wyspa w oceanie. Śnieg na jego stokach urywał się zębatą linią pod szczytami. Cały ten ogrom skał, chmur i lodów pulsował w oczach zgodnie z tętnem krwi. Eryk stanął przy mnie zwijając powolnymi, rozważnymi ruchami linę. Wpatrywałem się w nagi szczyt Sinioichu, gdy wtem coś zadrgało w jego ścianach. Olbrzymi język śniegów, wypełniających główny żleb, stanął dęba, odchylił się wolno w tył, przez mgnienie trwał tak i zaczął spadać jakimś niesamowicie zwolnionym ruchem. Bezgłośnie, w martwej ciszy, runął na zbocze. W mgnieniu oka widok zamknęły chmury pyłowe. Zakotłowało się. Lawina sunęła coraz szybciej, aż dopadła do niskiej mgły, rozerwała ją i zniknęła. W górze świeciły starym lodem obnażone stoki. Może sekundę trwał spokój — i na przeciwległym stoku podniósł się biały dym, jak od wybuchu. Szła druga lawina, za nią trzecia i jeszcze jedna. Waliły w mgłę, darły ją na strzępy. Dopiero teraz doszedł nas głuchy łoskot: tyle czasu potrzebował dźwięk, żeby przebyć przestrzeń od lodowca Passanram. Grzmot wzmagał się i cichł, rozbijał się w bocznych dolinach i znowu wracał. Teraz ponad strzępy mgły wznosić się począł obłok najdrobniejszych cząstek śniegowych, wyrzuconych w powietrze — i nagle oczy poraziła olbrzymia tęcza, rozpięta nad otchłanią.
Eryk dawno już był przy mnie. Obaj patrzyliśmy na to, co działo się w dole, wreszcie on ocknął się pierwszy: czasu mieliśmy mało, trzeba było ruszać. Zwróciliśmy się ku szczytowi Kanczu. Od tego miejsca grań wznosiła się ogromnie zatoczonym łukiem. Gdy wiatry wieją stale w jedną stronę, śnieg na grani zaczyna wysuwać się poza nią, w próżnię, tworząc cyple wychylone w przepaść, ledwo trzymające się oblodzonych stoków. Od dołu widać całą napowietrzność tych występowy w górze jednak, gdzie idzie się granią, wszędzie bieleje oślepiający śnieg, maskując jednakowo samą grań i te zdradliwe występy. Prawe zbocze aż do stożka szczytowego stanowił obryw, ledwo pobielony smugami śniegu. Właśnie w tę stronę wysuwała grań setki lotnych półwyspów. Jedne uniesionymi łbami zdradzały swą obecność, inne stanowiły pozorne przedłużenie grani. Oko daremnie błądziło w oddali, usiłując zapamiętać najniebezpieczniejsze miejsca. Wszędzie tysiące tęcz, iskier słonecznych, przepaść powietrza i blade, niezmącenie spokojne niebo.
Z uniesionym czekanem, trzymając silnie zwinięta i częściowo zarzuconą na bark linę, ruszyłem za Erykiem, który teraz prowadził.
Śnieg, bardzo głęboki, ożywał przy dotknięciu, burzył się, kotłował i płynął w dół całymi rzekami. Stożek szczytowy stał na wprost nas na tle nieba, od zachodu ośnieżony, od wschodu nagi — spadzista, dachówkowato nawarstwiona skała. Szliśmy jeden za drugim, mając go w oczach. Eryk zboczył: grań rozszerzała się nieco, tworząc wygodne przejście. Przystanąłem. Biały występ sczezł jak zdmuchnięty. Bez głosu, przechylony wpół kroku, Eryk runął w otchłań. Lina była luźna.
Nie utrzymałbym go na pewno. Nie miałem czasu, aby się zabezpieczyć. Tak jak stałem, odbiłem się ze wszystkich sił i skoczyłem w przepaść po przeciwnej stronie. Zawyło w uszach, zawirowały czarne płaty zbocza. Potem szarpnęło mnie strasznie i straciłem przytomność. Zbudził mnie ból w zesznurowanej piersi. Dusiłem się. Lina drżała lekko, napięta. Nad głową miałem występ skały, oddalony niewiele, kilka zaledwie metrów. Oblodzona grań była jakby krążkiem: wisieliśmy po obu jej stronach. Próbowałem zawołać. lecz gardło miałem zdławione. Lina ciągnęła w pasie z jednakową siłą. Podniosłem dłoń: była oblana krwią, która obryzgała głowicę czekanu. Nie puściłem go w upadku. Nie czułem żadnego bólu.
Trudno mi było oddychać, nie mówiąc już o wołaniu. Musiałem przerzucić plecak, aby poszukać jakiegoś chwytu. Nie znalazłem nic; wbiłem hak i krok po kroku, centymetr po centymetrze wlazłem na grań. Ostrożnie wspiąłem się na jej zrąb i płasko położyłem na brzuchu.