— Tak. Umarł na drugi dzień po tym, kiedy go przyniosłem. To wszystko… było niepotrzebne.
— Nieprawda! — ostro, prawie groźnie powiedział Arseniew. — I nikomu nie wolno tak mówić — nawet panu!
— Chce pan powiedzieć, że to było bohaterstwo? — powiedziałem rozdrażniony. — Towarzysze wyprawy dawali mi nieraz do zrozumienia, że ich szacunek dla mnie zwiększył się po tym… a mnie to tylko gniewało. Przecież ja go tam nienawidziłem. Co tam! Możecie wiedzieć wszystko. Kląłem i modliłem się, żeby umarł, w kółko się modliłem!
— Ale szedł pan dalej! Nie odpowiedziałem.
— W świecie naszym — powiedział Arseniew — nie ma strachu, nędzy, nie ma tych okrutnych prób, jakim człowiek dawniej był poddawany, ale byłoby źle, gdybyśmy pod wpływem dobrobytu utracili to, co najistotniej różni nas od wszystkich innych stworzeń. Niewątpliwie, różnica między człowiekiem a zwierzęciem leży w naszym rozumie… w tym, że używamy narzędzi… że mamy mowę, że lecimy w gwiazdy, ale poza tym wszystkim jest jeszcze to, co czyni nas niekiedy wytrzymalszymi od naszych ciał, silniejszymi od naszych mięśni i twardszymi od kości. To, co każe nam stawiać na sprawę z góry przegraną — w imię drugiego człowieka. Nad tę siłę, upór czy wierność, jakkolwiek to nazwać, nic nie ma cenniejszego, bo najwyższą miarą dla człowieka jest drugi człowiek. Śmierć przyjaciela ani na włos nie odebrała sensu pańskiemu postępowaniu. Nazwę, którą panu nadano: „człowieka z Kangchendżongi”, jeszcze nie znając pana wymawiałem z naciskiem na pierwsze słowo, a nie na drugie, bo tam szło nie o egzotykę wyprawy, lecz właśnie o człowieka, a pan był nim do końca, pilocie! Obyśmy wszyscy wszędzie i zawsze umieli stać z otwartymi oczami.
Wstał i uderzył dłonią w stół.
— A reszta, przyjaciele… reszta jest milczeniem.
Gwiazda ziemi
Dwudziesty dzień podróży. Kosmokrator z wyłączonymi silnikami pędzi jako nowe ciało niebieskie wokół Słońca, ścigając Wenerę, której fazy, zmieniające się jak księżycowe, można już dostrzec gołym okiem. Pęd ten jest jednak zupełnie niewyczuwalny. Kiedy nie patrzy się w telewizor, można by sądzić, że rakieta spoczywa nieruchomo na Ziemi. Godzinami krążę po centralnym korytarzu, przebiegam wszystkie galerie i przejścia grodzi ładunkowych i znów wracam na dół do trójkątnego korytarza, aż wypłoszy mnie stamtąd nie zmącona, jakby od wieków panująca cisza i równe, zawsze tak samo płonące, sztuczne światło dzienne.
Dzisiaj w południe, przechodząc koło laboratorium, usłyszałem, że ktoś się śmieje. Poznałem głos Arseniewa. Jego śmiech może zbudzić umarłego. Sądząc, że uczeni ukończyli już pracę (siedzieli w laboratorium od rana), otworzyłem drzwi i usłyszałem, jak Arseniew mówił do fizyka: