— Ależ to żarty, kolego! Kistiakowski wykazał przecież, że wał potencjału przy swobodnej rotacji wokół osi dwu — węglowej wynosi w etanie zaledwie dwie kilokalorie!

Tak mnie tym spłoszył, że mruknąwszy „przepraszam” cofnąłem się i poszedłem do wspólnej kabiny. Była pusta. Spojrzałem w telewizor. Skierowany był w stronę Ziemi; świeciła mocno, wyróżniając się spośród innych gwiazd wielkością i blaskiem. Trochę nad nią, białym, krągłym punktem, wisiał Księżyc. Patrzyłem tak może pół godziny, gdy wtem ktoś położył mi rękę na ramieniu. Drgnąłem. To był Arseniew. Jakiś czas staliśmy, milcząc razem, aż powiedział takim tonem, jakby nie pytał, lecz w samym sobie szukał odpowiedzi:

— Nostalgia.

Ziemia świeciła błękitnawo. W ekranie nie wyczuwało się wcale głębi przestrzeni. U samej jego ramy bladozłotawą smugą przechodziło pasmo Drogi Mlecznej. Astronom, nie zdejmując ręki z mego ramienia, powiedział ciszej:

— Czy… dlatego pan nas unika?

— Unikam?

— Ależ tak. Chociażby przedtem, w laboratorium. Uśmiechnął się.

— Nie chodzi pan na nasze narady, mimo że Lao — Czu i ja prosiliśmy pana. Poza tym, zaledwie siądziemy gdzieś blisko, wstaje pan i odchodzi. Zauważyłem to już kilka razy.

— Nie chcę po prostu przeszkadzać — rzekłem żywo. — Co do narad… uważałem, że to nie ma sensu. Przychodzić tylko po to, by siedzieć… i cóż mógłbym powiedzieć, czego byście już dawno nie wiedzieli? Jestem pilotem i…

— Do diabła z pilotem! — powiedział Arseniew i po błysku jego oczu poznałem, że naprawdę się rozgniewał. — Pilot i uczeni, co? Pan uważa nas za jakiś zbiór wszelkiej mądrości? Księgi… wzory… matematyka… — roześmiał się ze złością.