Skinąłem głową. Jakiś czas siedzieliśmy na wyściełanych fotelach, a z głośnika, umieszczonego w obiciu ścian, płynęła przytłumiona muzyka: Czajkowski. Kiedy zamilkła, nastąpiła cisza tak zupełna, jaka na Ziemi zdarza się chyba tylko na najdalszym odludziu, na morzu czy w górach. Zdawało się, że w miękko oświetlonym nieruchomym wnętrzu jesteśmy poza czasem i przestrzenią. Wśród gwiazd ekranu paliła się błękitna iskra Ziemi. Arseniew zagadnął mnie o moją młodość: opowiedziałem mu o dziadku, o pierwszych drogach górskich, o moim rodzinnym Kaukazie. Znał go bardzo dobrze; okazało się, że zwiedził wiele szczytów, które we wspomnieniu były jak gdyby moją własnością. Mówiliśmy o graniach owianych burzą, o zamarzających w śnieżycy obozach, o desperackich wspinaczkach, kiedy życie zależy czasem od tarcia jednego gwoździa o kamień, o zdradliwym śniegu i odwrotnie uwarstwionych skałach, luźnych, wyłamujących się chwytach i o chwili, kiedy się staje na ostatnim, najwyższym głazie szczytu. Rozmowa nasza napełniała się milczeniem; zamienialiśmy krótkie, urywane zdania, niezrozumiałe dla kogoś obcego. Budziły obrazy tak silne i czyste, że czas, który od nich dzielił, przestawał istnieć. Zdawało mi się, że znam Arseniewa nie wiedzieć jak dawno. W pewnej chwili zdziwiło mnie, że nie wiem, jak mu na imię. Spytałem go.
— Piotr.
— Czy pan jest — sam? Uśmiechnął się.
— Nie, nie jestem sam.
— Ale ja nie mam na myśli pracy — powiedziałem trochę zmieszany własną śmiałością — ani rodziców.
Skinął głową na znak, że rozumie.
— Nie jestem sam — powtórzył i spojrzał na mnie. — A pan? Może w tej chwili jakaś dziewczyna stoi w ogrodzie ł patrzy w niebo, gdzie świeci biała Wenus?
Milczałem, a on wziął to za zaprzeczenie. Podniósł głowę. Powoli przestał się uśmiechać. Poszedłem za jego wzrokiem. Patrzył w czarny ekran z podwójną gwiazdą Ziemi.
— Tego pan jeszcze nie wie. Pośród miliardów, które pracują, bawią się, martwią, cieszą, robią wynalazki, budują domy i słońca atomowe, wśród tłumów tych nieprzeliczonych istot jest dla mnie jedna. Jedna, pilocie. Rozumie pan? Jedna.