Trzydziesty dzień podróży. Wczoraj ominęliśmy asteroidę Adonisa w pobliżu miejsca, gdzie jej orbita przecina orbitę Wenery. Od tej chwili silniki ruszyły. Mkniemy śladem uciekającej przed nami Wenus, która wchodzi właśnie w ostatnią kwadrę i rysuje się na niebie cienkim, białym łukiem. W przeciwieństwie do uczonych, poza godzinami dyżurów nie mam nic do roboty. W przystępie rozpaczy dziś rano rozebrałem motor helikoptera, z jakimś szczególnym wzruszeniem oczyszczając jego i tak niepokalanie lśniące części, i złożyłem go starając się na tę czynność zużyć jak najwięcej czasu. Przeczytałem już wszystkie książki z astronomii, które mam w walizce, przestudiowałem też materiały dotyczące atmosfery Wenus, w której przyjdzie mi prowadzić samolot — niestety, nadzwyczaj skąpe. Dowiedziałem się tylko — było mi to nie znane — że przez największe teleskopy można od czasu do czasu spostrzec „okna” pomiędzy chmurami: tak więc z powierzchni planety widać niekiedy bezobłoczne niebo. Trochę mnie to pocieszyło, bo już teraz, w piątym tygodniu podróży, zaczynam tęsknić za ziemskim błękitem. Po południu siedziałem w Centrali z Oswaticzem. Dobry to chłop, ale mruk jakich mało. Nigdy nie powie „tak” albo „nie”, ogranicza się do odpowiedniego kiwnięcia głowa. Dał mi fotografię Wenery z tak zwaną „wielką ciemną plamą” na samym brzegu tarczy, którą spostrzegliśmy przedwczoraj. Przy panującym u nas zupełnym braku zdarzeń było to prawdziwą rewelacją, ale i jej starczyło zaledwie na parę godzin.
Obejrzawszy raz jeszcze ową zagadkową plamę (która na zdjęciu nie większa jest od kropki drukarskiej), wyszedłem na korytarz. Spotkałem tam Sołtyka; chciałem go spytać, co będzie z naszym ziemskim czasem i podziałem doby na noc i dzień, który zachowaliśmy aż dotąd — przecież po lądowaniu będziemy się chyba musieli przystosować do czasu Wenery. Jednakże zapomniałem o tym, kiedy mi powiedział, że jutro rano przyspieszymy poważnie lot Kosmokratora. Na trasie pół miliona kilometrów, dzielącej nas od celu, odbędzie się próba maksymalnej chyżości rakiety, co zaoszczędzi nam prawie cztery dni podróży. Bardzo się ucieszyłem, ale chociaż później, po kolacji, obaj nawigatorzy podali nam szereg ważkich powodów technicznych, jakie skłoniły ich do tego przedsięwzięcia, nie mogłem oprzeć się myśli, że, podobnie jak wszyscy, pragnęli skrócić nieznośnie dłużące się oczekiwanie.
Trzydziesty pierwszy dzień podróży. Od rana trwały gorączkowe przygotowania. Trzeba było zbadać raz jeszcze umocowanie wszystkich przedmiotów w kabinach i zapasów w grodziach ładunkowych, sprawdzić stan przyrządów, zbadać i opatrzyć gąsienice podwozia, ukryte w wielkich lukach pod pokładem. Praca szła według dawno już przygotowanego planu. Ja zagrzebałem się w komorze dziobowej przy samolocie, i to tak, że zapomniałem zajść po komunikaty radiowe o jedenastej. Kiedy wreszcie przyszedłem do Centrali, wszyscy leżeli już na fotelach. Położyłem się i zapiąłem pasy. Sołtyk, odczekawszy jeszcze kilkadziesiąt sekund, dokładnie o dwunastej włączył urządzenie wysuwające pochłaniacze ze stosu atomowego. Odgłos silników, do tej pory ledwo słyszalny, jął się wzmagać z każdą sekundą. Leżąc miałem przed sobą wielki ekran telewizora z białą tarczą planety, a nad nim rząd oświetlonych zegarów. Strzałka szybkościomierza ruszyła z zajmowanej pozycji. Silniki grały coraz mocniej. W ich wzmagającym się śpiewie nie było najmniejszej wibracji; części konstrukcji, korpus rakiety, fotele zachowywały zupełny bezwład. Tylko wskazówki zegarów pełzły leniwie po zielonych cyfrach, wszystkie w jedną stronę, a wysoka nuta silników potężniała, aż wreszcie głos ich przepoił całą przestrzeń Centrali i nas wszystkich, wydobywając się jak gdyby z każdej cząstki metalu. Osiemnaście minut po dwunastej robiliśmy już koło stu kilometrów na sekundę, to znaczy w godzinie 360000 kilometrów. Gwiazdy wciąż były nieruchome, lecz tarcza Wenus, leżąca na wprost dziobu, rosła. Najpierw była jasnosrebrzystym, opalizującym dyskiem wielkości Księżyca, potem w jakiejś chwili dostrzegłem jej wypukłość. Jak rozdymana biała kula zajmowała coraz większą przestrzeń. Już tylko wąski rąbek dzielił jej matowo przeświecające brzegi od ramy ekranu. Jeszcze minuta i zapełniła go w całości. Wskazówki radarowych odległościomierzy posuwały sią równomiernie w oświetlonych sektorach skali. Wciąż jeszcze nie wyczuwaliśmy niczego poza wysokim śpiewem motorów. Podczas kiedy inne planety, jak Księżyc i Ziemia, odmieniały swój wygląd w miarę tego, jakeśmy się do nich zbliżali, ukazując coraz nowe szczegóły powierzchni, Wenus jaśniała wciąż jednakowo, jak gdyby nierealna, zagadkowa mleczna kula.
Lot na najwyższej szybkości trwał niespełna godzinę. Na ekranie dawno nie było już nieba, tylko wszechogarniająca, bezkresna białość, rozpływająca się gdzieniegdzie w srebrzyste i kremowe smugi. W pewnej chwili wydało mi się, że rakieta leci gdzieś koziołkując. Musiałem zamknąć oczy, a kiedy je otworzyłem, Sołtyk manipulował przy Prediktorze. Zawrót głowy minął. Kosmokrator przestał wirować wokół osi. Zarazem głos silników osłabł. Uszy napełniła hucząca, pusta cisza, w której usłyszałem powolne tony własnego serca.
Teraz Sołtyk ruchem dźwigni przesunął swój fotel tak, że znalazł się tuż przy głównym ekranie telewizyjnym.
— Proszę mi co dziesięć sekund podawać wysokość — zwrócił się do mnie. Skinąłem głową. Trzymając obie ręce na dźwigniach Sołtyk pochylił się, jakby chciał wejść w głąb ekranu.
— Dziewiętnaście tysięcy kilometrów — powiedziałem. Tyle dzieliło nas jeszcze od planety. Chmury leżały pod nami nieskończonym, jaśniejącym oceanem. Miejscami żarzyły się oślepiająco odbitym blaskiem słonecznym, gdzie indziej tworzyły się w nich lotne rozpadliny i głębokie czeluście. Kosmokrator, jak kamień uwiązany na długiej linie, zakręcał. Rosnąca siła wciskała nas w skórzane siedzenia fotel; w absolutnej ciszy doskonale słyszałem ich miarowe poskrzypywanie.
— Siedemnaście tysięcy.
Zerknąłem w bok na szybkościomierz. Robiliśmy teraz sześćdziesiąt kilometrów na sekundę. Gdyby rakieta z taką szybkością zetknęła się z atmosferą planety, nastąpiłby wybuch. Spojrzałem na Sołtyka. Zgarbiony, ciemny na tle pałającego ekranu, trwał nieruchomo z rękami na kierownikach.
— Szesnaście tysięcy trzysta.