Cały horyzont pod nami zatoczył się, przysiadł i stanął dęba. Przez rakietę przeleciało krótkie targnięcie, które rzuciło nami do przodu. W ekranie zapalił się fioletowy piorun i zgasł.

— Piętnaście tysięcy osiemset.

Znowu uderzenie słabsze od poprzedniego, lecz trwające dłużej. Fioletowe błyskawice strzelały z dziobu rakiety, rozgałęziając się w płonącą pajęczynę, przez którą przelatywaliśmy w ułamku sekundy. To były tlenowodorowe rakiety hamujące.

— Czternaście tysięcy.

Teraz od dziobu walił grzmot za grzmotem, przeszywając cały korpus pocisku. Głuche dudnienie, zrywy, opadające kaskady wybuchów, poprzedzielane krótkimi chwilami ciszy. Biała równina obłoków leżała pod nami skosem, a Kosmokrator pędził nad nią, lekko pochylony. Zrozumiałem, że zgodnie z klasycznym prawem astronautyki zaczynamy opisywać wokół planety spiralę.

— Dwanaście tysięcy sto.

Widać już było falowanie chmur. Pędziły coraz szybciej. W górze nad nami czarne gwiaździste niebo, w dole — nieskończona, mleczna równina, porzeźbiona cieniami i blaskami.

— Osiem tysięcy.

Osiem tysięcy kilometrów dzieliło nas od planety, to znaczy trzy czwarte jej średnicy. Sołtyk wciągnął głowę w barki i pochylił się jeszcze bardziej. Kosmokrator ryknął i zawibrował jak naciągnięta kwarcowa struna. Równocześnie horyzont wykonał pół obrotu w górę, położył się na bok i obsunął z powrotem w dół. To wstąpiły w akcję główne silniki, hamując nasz spadek, wyrzucanym przez dysze dziobowe strumieniem atomów. Głos ich w niczym nie był podobny do zwykłego śpiewu podróży. Rozpędzone w długiej rurze centralnej i gwałtownie wstrzymywane pędem gazy formowały u dziobu gorący obłok, przez który Kosmokrator przelatywał jak kula, drżąc i grając. Musiałem z całych sił krzyczeć:

— Tysiąc dziewięćset kilometrów.