Chmury to łączyły się, to rwały, pędząc w tył jak spienione fale wodospadu. Na ich równinie, świecącej matowym blaskiem masy perłowej, spostrzegłem cień pocisku, podobny do wąskiej kreski. Zapadał w jamy, znikał w głębi, by po chwili wyskoczyć na oświetlony słońcem obłok, podobny ubitej mocno, złocistej pianie.
— Sześćset kilometrów!
W werbel hamujących wybuchów wmieszał się jakiś nowy ton. Początkowo nie mogłem go ułowić, lecz po chwili spotężniał na tyle, że wyodrębnił się od pracy silników. Było to bardzo wysokie, aż kłujące pianie. Równocześnie spoczywające dotąd martwo wskazówki przyrządów aerodynamicznych zadrżały, jakby przez nie przeszedł niewidzialny prąd. Pianie rosło przechodząc w ostry gwizd. Wyło rozpruwane powietrze planety.
— Czterysta osiemdziesiąt!
Chmury rwały się pod pociskiem jak naciągnięte, dygocące struny. Łoskot dysz hamowniczych osłabł. Znowu spojrzałem na zegar: traciliśmy już szybkość kosmiczną, robiąc osiem kilometrów w sekundzie. Gęstniejąca atmosfera stawiała rakiecie coraz większy opór. Powietrze drgało zgęszczone na skrajach płaszczyzn natarcia, powodując migotanie całego obrazu w telewizorze. Chyżość Kosmokratora wciąż malała. Znów zagrzmiały serie wybuchów. Zegary areodynamiczne, wskazujące gęstość, ciśnienie i temperaturę powietrza, wachlowały żywo wskazówkami. Wóz, jak granat u końca lotu po krzywej balistycznej, przecinał, świszcząc, warstwy rzadkiej pary. Tuż przy nas śmigały rozchwiane śnieżyste pióropusze skondensowanych kryształków, łyskając srebrem w promieniach słońca. Niżej chmury stały pokłębioną, zwartą ścianą. Lecieliśmy naprzeciw niej z przerażającą szybkością. Jedno mgnienie i ekran zgasł jak owiany gęstym dymem.
Stada chmur pędziły rozpadając się jak spłoszone, ciężkie ptaki. Podałem Sołtykowi wysokość: 30 kilometrów, a już byliśmy w chmurach. Niezwykle wysoko wznosiły się na Wenerze! Powietrze było tak gęste, że nawet nasza stosunkowo niewielka szybkość wywoływała przeraźliwe wycie, przechodzące od basowo dygocących tonów do najwyższego świstu. Widoczność równała się praktycznie zeru. To pogrążaliśmy się w ciemnożółtym mroku, to wpadaliśmy w mleczną kipiel, pełną rozsianych tęcz. Sołtyk przełączał telewizor na radar, lecz wiele to nie pomogło. Skierowane w dół stożki promieni radarowych utykały bezsilnie w grzęzawisku obłoków, nie ukazując rzeźby gruntu. Lecieliśmy na oślep, podług żyrokompasu, zataczając wielki łuk wokół planety. W burozielonkawej poświacie, która wypełniała ekran, ukazywały się rozmazane kontury chmur leżących niżej, a w ich przerwach — warstwy jeszcze głębsze, aż do dna, w którym kształty zlewały się w mętną szarość.
Tłem słuchowym podróży był nieustanny, głuchy szum. Od długiego wpatrywania się w ekran nachodziło mnie chwilami złudzenie, że pod nami kotłuje się kipiel morska, a szum lotu jest łoskotem łamiących się fal. Złudzenie to stało się po jakiejś godzinie tak silne, że musiałem na pewien czas oderwać oczy od ekranu. Sołtyk obniżał lot coraz bardziej. Już tylko osiem kilometrów dzieliło nas od powierzchni, a widoczność wciąż równała się zeru. W chmurach, jak wskazywały przyrządy aerometryczne, znajdowała się zawiesina drobnych cząstek stałych, działająca jak pochłaniacz fal radarowych. Ciekaw byłem, co robi Sołtyk, lecz oczywiście o nic nie pytałem. Ogarnęło mnie najpierw rozczarowanie, potem zniecierpliwienie, wreszcie gniew: tak długo czekałem na chwilę, w której wsiądę do kabiny samolotu, i teraz, kiedy się zbliżała, po prostu bałem się, że stracę orientacją w tych przeklętych chmurach!
Obraz na ekranie zmienił się. Sołtyk przechodził na coraz krótsze i przenikliwsze fale radarowe. Falomierz nadajnika wskazywał: centymetr, pół centymetra, trzy milimetry… Naraz pełznące przez ekran masy rozwiały się i znikły. Ujrzałem powierzchnię Wenery — niestety, niewiele można było na niej rozeznać. Nierówności i garby terenu splatały się w szalonej ucieczce do tyłu w jakieś trzepoczące smugi, zielonkawe i brunatne. Sołtyk pracował teraz bez przerwy dźwigniami, to włączając silniki, to zwiększając hamowanie, aż pęd zmalał do najniższej dopuszczalnej granicy. Przebywaliśmy w sekundzie około trzystu metrów, lecąc nad wielką równiną. Wydawało mi się, że porasta ją gęsty las. Rozłożyste korony drzew czy też jakichś fantastycznych roślin, ogromne chaszcze, zagajniki, zarośla — wszystko to migało zbyt gwałtownie, by można którykolwiek szczegół poprowadzić wzrokiem. Gdy jednak statek obniżył się do czterech tysięcy metrów, ogarnęła mnie wątpliwość, czy owe fantazyjne kształty istotnie są roślinami. Zanim jednak zdołałem dobrze się im przypatrzyć, znikły. Pojawiły się płaskie, łagodnie opadające wzgórza. Gdzieniegdzie chmury nie sięgały do samej powierzchni planety. W jednej z takich luk, pośród zmieniających swoje kształty, leniwie płynących obłoków, zaciemniała sina chmura o czarnych ścianach, odbijająca się nieruchomością od oceanu pary. Był 10 szczyt górski. Teren podnosił się. Strzałka altimetru drgając doszła do siedmiu tysięcy metrów, Pod nami płynęły wielkie, wygarbione zbocza, czasem łysnął blask jakby odbity od lodu — to zaszkliły gładkie stoki. Potem gigantyczna panorama wypiętrzeń skalnych i głębokich dolin pogrążyła się w mgle. Pocisk nabierał wysokości. Dziewięć, dziesięć, jedenaście kilometrów. Coraz cieniej śpiewał rozrzedzony gaz, pruty dziobem Kosmokratora. Wreszcie Sołtyk zwrócił się ku mnie. Nic nie powiedział, ale w jego oczach wyczytałem, że przyszła moja godzina.
Oswaticz przejął stery od Sołtyka i podczas gdy pocisk leciał, zanurzony w mlecznych mgłach, odbyliśmy naradę. Pierwszą rzeczą było dokładne określenie składu atmosfery. Zgodnie z przewidywaniami okazała się daleko, niemal dwukrotnie rozleglejsza od ziemskiej. Ciśnienie na wysokości jedenastu kilometrów wynosiło 690 milimetrów słupa rtęci, a więc niemal tyle, co na poziomie ziemskich mórz. Chmury, według orzeczenia chemika, są bardzo rozmaitej konsystencji. Jak się zdawało, tworzą one kilka wzniesionych jedne nad drugimi pokładów. Najwyższe składają się ze spolimeryzowanego formaldehydu i cząstek jakiejś zagadkowej substancji, której dokładne zbadanie odłożono na później. Niższe zawierały prócz formaliny niewielką ilość wody. Tlenu było w powietrzu pięć procent, dwutlenku węgla — dwadzieścia dziewięć. Ż żalem pożegnałem się z piastowaną po cichu nadzieją, że przypuszczenia uczonych okażą się mylne i można będzie poruszać się na planecie bez skafandra tlenowego. Ponieważ lot w chmurach nie przynosił dokładnych danych o rzeźbie terenu i utrudniał badanie planety, a w dodatku manewrowanie rakietą na małej wysokości przedstawiało pewne ryzyko, postanowiliśmy lądować. Na obszarze około siedmiu tysięcy kilometrów, nad którym przelecieliśmy, nie dało się spostrzec wyraźnych oznak działalności istot rozumnych, ale w przekonaniu, że na pewno istnieją na planecie, postanowiliśmy po lądowaniu rozpocząć badania z zachowaniem niezbędnej ostrożności, na razie w stosunkowo niewielkim promieniu. Dzień miał w tej okolicy trwać jeszcze sześć dni ziemskich, tak że czasu było dosyć. Oswaticz zawrócił rakietę w stronę nizinnego kraju, który spostrzegliśmy przedtem. Pozostawało tylko zbadać dokładnie grunt i wyszukać możliwie równe miejsce do lądowania. Wyszedłem na górny pokład, żeby się przebrać, a kiedy wróciłem, już w skafandrze, wszyscy mnie otoczyli. Nie chciałem się z nikim żegnać. Przez wąską studnię udałem się wraz z Sołtykiem do komory dziobowej. Spoczywał tu na wyrzutni samolot: długa, wąska, stalowa kropla z daleko w tył odgiętymi skrzydłami. Ponieważ jego kabina jest hermetyczna, zdjąłem hełm, który zacieśniał pole widzenia.
— A więc wie pan już wszystko — rzekł Sołtyk — prawda?