Uścisnąłem mu mocno rękę i wszedłszy na skrzydło, jednym susem znalazłem się w kabinie. Hełm położyłem pod siedzeniem, żeby w każdej chwili mieć go pod ręką, włączyłem światła i zegary, raz jeszcze sprawdziłem zawory aparatów tlenowych i przez otwory luk spojrzałem na inżyniera. Był podniecony, lecz starał się tego nie okazywać.

— Zaraz wystrzelimy pana — powiedział — ale przedtem sprawdzimy jeszcze raz łączność.

Wiedziałem, że ją sprawdzał już ze sto razy — a ostatnio nie dawniej niż tego dnia rano, lecz tylko uśmiechnąłem się do niego. Wyszedł. Zostałem sam. Zatrzasnąłem przezroczystą kopułkę nad głową, docisnąłem śruby uszczelniające i wparłem się mocno stopami w stery. Wskazówka skakała na świecącej tarczy sekundnika. Wtem w słuchawkach rozległo się lekkie piśniecie i zaraz po nim głos Sołtyka:

— No jak tam, słyszy mnie pan?

— Doskonale.

— Jesteśmy teraz na dziewięciu tysiącach metrów, szybkość dziewięćset dwadzieścia na godzinę. W porządku?

— W porządku.

— To może pan włączyć silnik. Kontakt?

— Jest kontakt — odparłem wciskając guzik zapłonu. Rubinowe oczko zażarzyło się w seledynowym półmroku.

— Pilot gotów?