— Gotów.

— Uwaga!

Rozległ się ogłuszający grzmot. Pokrywy dziobu rozpadły się i w płomieniu gazów wyrzutowych wyleciałem jak pocisk z lufy armatniej.

W oczy buchnął potop świateł. Jak walczący z wodą pływak zupełnie odruchowo wyrównałem stery. Kabina była oszklona wypukłymi szybami. W padającym zewsząd świetle, jak mucha w kropli jasnego bursztynu, leciałem głową naprzód przeciw kołującym mgłom i chmurom. Wycie dartego powietrza zapychało usta jak watą. Zdawało się, że kopułka trzaśnie, wgnieciona pędem. Rychło jednak utraciłem szybkość, jaką nadała mi wyrzutnia Kosmokratora, i zacząłem lecieć o własnych siłach. Patrzałem na szare, uciekające w bok mgły — wtem, jakby ktoś wsunął w nie szklany nóż, powietrze nade mną oczyściło się. Równocześnie błękitnawe światło oprowadziło brzuchy chmur jaskrawym konturem, rozległ się huczący gwizd i w dół runęły strumienie wody. Zrozumiałem, że bardzo blisko nade mną leci Kosmokrator, a zjawisko to wywołały gazy atomowe, wylatujące z jego dysz. Kopnąłem orczyk, żeby jak najszybciej wyprowadzić maszynę z niebezpiecznego sąsiedztwa; pełny odrzut rakiety, uderzając z bliska, mógł mi oderwać skrzydła.

— Halo! Jak tam, pilocie? Leci pan? — rozległ się głos w słuchawkach. Potwierdziłem i podałem kurs według żyrokompasu.

— Będziemy krążyć. Może pan schodzić w dół!

Prócz kotłujących się mgieł nie widziałem z mego siedzenia nic. Za to na małym, okrągłym ekranie pokładowego radaru nieprzerwanie płynęły kontury leżącego w dole terenu. Powolnym, tysiące razy wykonywanym ruchem położyłem maszynę na skrzydło i zacząłem spadać jak kamień. Na Ziemi nie musiałbym nawet patrzeć na altimetr; gdyż pozorna wielkość dostrzegalnych w dole przedmiotów, jak dróg czy rzek, przy pewnym doświadczeniu nieźle orientuje, tu jednak wpatrywałem się w jego tarcze, bacząc zarazem na ekran radaroskopu. Kiedy szybkość upadku stała się zbyt wielka, bardzo powoli wyprowadziłem maszynę z piki. Byłem w samym pułapie chmur i lecąc wpadałem i wypadałem na przemian z ich puszystych kłębów. Na dole nie było jednak ani śladu owej porosłej lasem równiny. Defilowały tam długie i szerokie, podobne do zastygłych ciemnych fal, nagie grzbiety. Zakomunikowałem to Sołtykowi.

— Weź pan półtora stopnia na wschód — powiedział. — I co tam z pańskim pelengiem? Kiepsko go słychać.

Miał na myśli sygnały radiowe wysyłane automatycznie przez moje radio, dzięki którym na pokładzie Kosmokratora można było określić, gdzie znajduje się samolot. Słowa inżyniera zaniepokoiły mnie nieco, gdyż i ja dosyć źle go słyszałem. Odbiór zacierały chwilami zakłócenia w postaci lekkich trzasków. Zgodnie z poleceniem położyłem samolot w lewy wiraż i leciałem tuż pod chmurami, starając się nie tracić wysokości, żeby ogarnąć wzrokiem znaczniejszą przestrzeń. Nie było to łatwe: co kilkadziesiąt sekund wpadałem w chmury, z których wynurzałem się opuszczając maszynę w dół. Taka zabawa „w chowanego” trwała dosyć długo.

Wolałem nie zdawać się na radar, ponieważ w ekranie widoczny był tylko stosunkowo mały wycinek przestrzeni. Dlatego skwapliwie poszukiwałem każdego okna w chmurach, a że miejscami opadały bardzo nisko, coraz częściej przelatywałem kilkaset zaledwie metrów nad wyniosłościami terenu. Nie była to równina, nie były jednak i góry: coś w rodzaju ogromnych, kaskadami schodzących, naturalnych stopni jakiejś skały, jak mogłem sądzić z ich gładkiej powierzchni. Stopnie te, a raczej terasy, szły przez całą widoczną przestrzeń falistymi liniami. Pomyślałem, że, być może, znajdzie się terasa dość rozległa, by mógł na niej wylądować Kosmokrator, i przez kilka minut leciałem równolegle z ich przebiegiem, ale zaczęły się wznosić i łamać stając skosem jak talie olbrzymich, rozsypanych kart, więc zawróciłem. Sołtyk rozmawiał ze mną pytając o warunki lotu i widoczność. Odpowiadałem skąpo, gdyż gniewało mnie, że nie mogę odnaleźć zalesionej równiny. Las musiał się przecież gdzieś kończyć i tam należało liczyć na dobre lądowisko. Zrezygnowałem wreszcie z poszukiwań nad monotonnym, choć niezwykłym krajobrazem i poleciałem prosto przed siebie. Rychło spośród terasowatych stopni wynurzył się obły, niski wał ziemny, pełznący na wschód jak olbrzymia, łagodnie wijąca się gąsienica. „Być może, jest tam coś w rodzaju płaskowyżu” — pomyślałem i naciskając orczyk pomknąłem w tę stronę. Dalej teren stał się trochę niewyraźny. Zaścielała go niska, przyziemna mgła, nad którą wznosił się tylko ów wał ziemny, coraz wyższy i nierówniejszy. Tu i ówdzie odchodziły od niego łańcuchy wzgórz. Kiedy spojrzałem przed siebie, na horyzoncie stanął ciemny masyw. Były to góry. Leciałem jeszcze prosto, raczej z ciekawości, jak też wyglądają góry na obcej planecie, bo trudno było liczyć na lądowisko wśród dzikich skał. Łańcuchy wzgórz przechodziły w coraz wyższą i bardziej stromą barierę, której szczyt miejscami pływał już w chmurach. Dalszy wypad w tę stronę był bezcelowy. Postanowiłem zawrócić. Po prawej stronie, już nie w dole, lecz niemal na wysokości samolotu, wznosiły się wypukłe, obłe stoki, pogrążone w stromych osypiskach dziwnie jasnej, prawie białej barwy. Wtem bariera rozwarła się na podobieństwo kamiennych wrzeciądzów. Zobaczyłem czarne jezioro, odbijające w sobie obłoki, zwory skalnych ścian i schodzące ku brzegom jęzory piargów. Czyżby to naprawę była woda? Wprowadziłem maszynę w bramę skalną i zacząłem się opuszczać. Ciekawość ta mogła mnie drogo kosztować, gdyż, jak to było zresztą do przewidzenia, w przesmyku ciągnął gwałtowny prąd powietrzny, który porwał mnie, rzucił w górę, a potem wessał w dół z taką siłą, że omal nie skapotowałem na środku jeziora. Musiałem postawić maszynę niemal dęba i dać pełny gaz, żeby się wyrwać w przestrzeń. Przez mgnienie byłem tak blisko, że wyraźnie widziałem łamanie się drobnych fal i przeświecające przez wodę głazy dna. A więc jednak udało mi się. Odkryłem idealne miejsce do lądowania, a raczej wodowania: Kosmokrator mógł opuścić się na jezioro. Trzeba było tylko wypatrzeć dobre podejście, gdyż z trzech stron wznosiły się groźne, urwiste skały. Podciągnąłem samolot na trzy tysiące metrów, żeby objąć całą panoramę górskiej okolicy. Już od dłuższej chwili czułem, że coś się zmieniło, lecz nie mogłem się początkowo zorientować, co takiego. Nagle drgnąłem: w słuchawkach nie rozlegało się już ciche brzęczenie, wskazujące, że pracują na odbiorze. Dotknąłem kontaktu: był włączony.