— Halo, inżynierze Sołtyk — powiedziałem. — Inżynierze Sołtyk!
Cisza. Pokręciłem gałką regulatora. Zatrzeszczało raz i drugi. Wtem całymi seriami posypały się długie i krótkie trzaski. Chociaż nie, to nie były zwykłe trzaski, jakie sprawiają wyładowania elektryczne, ale rwące się wciąż zawodzenia, w których trafiały się nawet na poły melodyjne frazy. Przekręciłem regulator dalej. Głosy znikły. Znowu zacząłem wywoływać rakietę. Nie było odpowiedzi. Zwiększyłem prąd w lampach, ryzykując, że je spalę. Bez rezultatu. Teraz nie patrzałem już w dół, lecz starając się zachować spokój kontrolowałem wszystkie przewody. Począwszy od laryngofonu, krok za krokiem sprawdzałem połączenia — wszystko było w porządku, wszystko grało, kontrolka anteny wskazywała, że sygnały idą w przestrzeń, a jednak rakieta nie odzywała się. Wyjrzałem na chwilę w dół, żeby się zorientować, gdzie jestem — i zakląłem. Byłem nad zalesioną równiną. Formacje dziwacznych krzewów ciągnęły się nieskończonymi ławicami w dal, ginąc pod niskimi chmurami, z których padało mocne, białe światło. Na dole śmigały dziwaczne kształty, jakby pióropusze, festony, grzywy, mieszały się barwy ciepłe i zimne, seledyn, żółć, prawie czarna zieleń — doprawdy, był to niezwykły las. W tej chwili nie miałem jednak ochoty zająć się nim dokładniej. Znów powróciłem do radia, znów sprawdzałem połączenia — gdy wtem przyszła mi myśl, od której lód poszedł po kościach. A jeżeli rakieta, zaatakowana czy w tragicznej katastrofie, zginęła i jestem tu jedynym żyjącym człowiekiem?
To było mocne. Przez krótką chwilę oddychałem głęboko, czując, jak powoli ustępuje ohydne uczucie strachu. Potem zaciąłem zęby, raz jeszcze spojrzałem na płynący pode mną las i zastanowiłem się, co robić. Paliwa miałem jeszcze na niespełna dwie godziny lotu. Tlen mógł mi wystarczyć na znacznie dłużej, nawet na dwa dni. Z żywnością było gorzej — tylko trochę koncentratu i dwa termosy z kawą. Krążyć aż do opróżnienia zbiorników nie miało sensu, bo szansę przypadkowego ujrzenia rakiety w chmurach były przy niskiej powłoce chmur znikome. Natomiast gdybym wylądował, mógłbym i popracować koło radia (tak myślałem, choć nie łudziłem się, że mi to dużo pomoże), i w razie, gdyby rakieta przelatywała nad okolicą, dać towarzyszom znaki albo wzbić się za nimi w powietrze. Wydało mi się to najlepszym wyjściem z sytuacji. Postanowiłem wylądować; trzeba było znaleźć odpowiednie miejsce. Samolotowi memu, który był zaopatrzony w specjalne klapy hamownicze, starczyłoby do lądowania z pięćdziesiąt metrów jako tako równej powierzchni. Obniżyłem się, potem coraz bardziej zacząłem się przyciskać do gruntu, aż wreszcie leciałem na minimalnej szybkości niemal nad samymi wierzchołkami drzew. Jakież było moje zdumienie, kiedy przekonałem się, że nie były to wcale drzewa ani w ogóle żadne rośliny, lecz wysokie, niesamowicie ukształtowane ni to kryształy, ni to nacieki mineralne. Miejscami grube, lite żyły czarnozielonkawej masy, jakby oblane szkliwem, splatały się wznosząc w górą krzaczaste pęki ogromnych igieł, gdzie indziej sterczały ich palczaste kłęby, baldachimy, bulwy, jakieś węzły wielobarwnej skały, połyskujące zimno jak lód. O tym, żeby posadzić tu maszynę, nie było nawet mowy. Leciałem więc prosto przed siebie, w nadziei, że martwy las skończy się wreszcie, i zwiększałem szybkość, aż docisnąłem rączkę gazu do końca. Silnik huczał równomiernie i gdyby nie moja fatalna sytuacja, mógłbym się rozkoszować istnym kalejdoskopem barwnych łamańców, które migały w dole, chowając się pod skrzydłami. Znienacka słuchawki zachrypiały i w ulewie przeraźliwych trzasków usłyszałem głos Sołtyka:
— Pilocie, odezwij się! Pilocie!
Natychmiast odpowiedziałem, lecz słowa zamilkły. Po kilkudziesięciu sekundach napiętego wyczekiwania znowu usłyszałem głos Sołtyka. Tym razem mówił najoczywiściej do kogoś:
— Nie odzywa się od dwudziestu minut.
— Czy będziemy krążyć dalej? — spytał drugi głos, jak mi się zdawało, Arseniewa.
— Inżynierze! — krzyknąłem. — Uwaga, Kosmokrator!
— Będziemy krążyć — odparł Sołtyk. Znowu zacząłem mówić, potem wołać, ale nie słyszał mnie. Za to ja słyszałem urywki słów: porozumiewał się z towarzyszami. Spojrzałem na mój pelengator. żeby mi wskazał kierunek, w którym mam szukać rakiety, lecz zamiast jednego świecącego ząbka dostrzegłem na okrągłej tarczy przyrządu istny chaos roziskrzeń. Przypominało to obrazy, jakie wywołuje zakłócenie odbioru radarowego za pomocą listków folii aluminiowej. Ogarnęła mnie wściekłość. Głos Sołtyka zaczął słabnąć, wreszcie rozpłynął się zupełnie w rosnącym trzeszczeniu.
Kręcąc regulatorem posłyszałem po raz drugi tajemnicze, jękliwe dźwięki — i nagle ręka zamarła mi na gałce.