— Czy nie jest to czasem… radio mieszkańców Wenery?

Do diabła, to było możliwe! Przerywane dźwięki mogły być czymś w rodzaju naszych znaków Morsego. Nie mogłem się jednak nad tym dłużej namyślać, bo w wielkiej odległości, na samej granicy widnokręgu, ukazała się bariera skalna, biegnąca od skrytego za horyzontem jeziora górskiego, które zostało kilkanaście kilometrów na wschód po mojej lewej ręce.

Obszar martwego lasu urywał się tu równą linią, idącą w obie strony prosto jak strzelił. Dalej ciągnęła się równina, powyginana w łagodne, zaokrąglone garby i równie niewielkie, płytkie zapadłości. O lepszym lądowisku nie mogłem marzyć. Grunt był, o ile mogłem ocenić, gładki jak wypolerowana skała. Nad ostatnimi rzędami martwych drzew zamknąłem dopływ paliwa. Wydało mi się, że martwy las jest oddzielony od równiny wąską, ciemną smugą, jakby rowem, lecz musiałem skupić uwagę na sterach. Wysunąłem klapy i pociągnąłem drążek na siebie. W nagłej ciszy skrzydła samolotu wydały opadający, niski ton. Nastąpiło miękkie uderzenie, potem drugie. Dotarłem kołami. Maszyna potoczyła się krótko i znieruchomiała. Nieznacznie przechylona, stała na pofałdowanej pochyłości gruntu. Gruntu planety Wenus.

Pilot

Długą chwilę siedziałem w kabinie, niepewny, co robić. Raz jeszcze pochyliłem się nad aparatem radiowym. Regulator przemknął po całej skali. Wszystkie zakresy milczały. Z eteru nie dobiegał najlżejszy szmer. Dałem temu spokój. Wyciągnąłem spod siedzenia hełm i nałożyłem go. sumiennie dociągając jeden po drugim automatyczne uchwyty. Z raka na dźwigni, która otwiera kopułkę, zatrzymałem się na mgnienie — i szarpnąłem mocno. Szklany dach pojechał do tyłu. Skontrolowałem jeszcze spojrzeniem malutki, ciemnozielony ekran radaroskopu, który palił się wewnątrz hełmu, dotknąłem kurka aparatu tlenowego i, przełożywszy nogą przez burtę, stanąłem na skrzydle.

Wiem, że nie uda mi się opisać widoku, jaki ujrzałem. Mogę wyliczać jego szczegóły, ale nie potrafię uchwycić tego zasadniczego, wszechobecnego tonu, który powodował, iż od pierwszego wejrzenia czuło się, że to nie jest Ziemia. Chmury posuwały się wolno, białe, zupełnie białe jak mleko. Na Ziemi widuje się podobne, lecz są to tylko lekkie obłoki i pierzaste, wysokie cirrhusy, tutaj zaś cały nieboskłom osłonięty był gładką, mleczną oponą. W silnym świetle rozpościerała się kraina płaskich pagórków i płytkich, nieckowatych zagłębień, suchych, niczym nie porosłych, barwy ciemnoczekoladowej. gdzieniegdzie pokrytych jaśniejszymi plamami. Jakieś siedemset metrów z tyłu za ogonem samolotu równina urywała się ku martwemu lasowi. Nie przechodziła weń na tym samym poziomie: granicę stanowił uskok tak wysoki, że ponad jego brzeg wystawały tylko poplątane, błyskające odbitym światłem korony martwych drzew. Zeskoczyłem na ziemię. Grunt nie poddał się pod stopą. Nacisnąłem podkutym obcasem: nie został najsłabszy ślad. A jednak nie było to wcale podobne do nagiej skały. Odwróciłem się plecami do martwego lasu. Poprzez skrzydło samolotu widziałem coraz dalsze, jednakowo równomierne fałdy równiny, na horyzoncie, pośród oparów żółtawej mgły, stały ciemnymi sylwetkami góry.

Znów spojrzałem pod nogi. Wydobyłem z zewnętrznej kieszeni kombinezonu składany nóż i uderzyłem ostrzem w tajemniczą substancję. Kilka razy odskoczyło; znalazłem jednak miejsce, gdzie powierzchnia była pokryta malutkimi dziurkami, jak skamieniała, wygładzona gąbka. Udało mi się odłupać spory kęs, który podrzuciłem na ręce. Był jasnobrunatny i lekki. Lekki jak… bakelit.

Bakelit! Jakże żałowałem, że jestem sam! Nie myślałem w tej chwili o utracie łączności ani o tym, co będzie ze mną za kilkanaście godzin, lecz po prostu chciałem mieć przy sobie kogoś z towarzyszy, ażeby podzielić się z nim niesłychanym odkryciem. Raz jeszcze, ale innymi już oczami, obejrzałem brunatny krajobraz. Było w nim coś niepokojącego, ale co? Przedtem tego nie widziałem. Przypominał… tak, do czegóż był podobny? Nagle zrozumiałem: całe otoczenie wyglądało nieprawdziwie, jak olbrzymia dekoracja teatralna. Tu kryła się przyczyna niepokoju. Dekoracja wielkości sceny czy nawet pola — zgoda, ale tu leżały dziesiątki, może nawet setki kilometrów kwadratowych bakelitu czy podobnej do niego masy — sztucznej masy plastycznej, z jakiej na Ziemi wyrabia się bibularze i pióra wieczne! Było w tym coś groteskowego, a zarazem niesamowitego.

Wciąż jeszcze stałem przy samolocie, niepewny, co robić dalej. Odszedłem kilkanaście kroków w stronę martwego lasu i raptem wróciłem pośpiesznie, prawie biegiem, bez żadnego uzasadnienia, bo przecież radio miałem w skafandrze, tak że sygnały rakiety, gdyby się odezwała, mogłem usłyszeć, ale… jednak wróciłem. Nie był to nawet lęk, który mnie do tego zmusił, lecz gwałtowne poczucie, nie dające się zrazu opanować, obcości. Obce było to nisko nawisłe, białe niebo, mimo chmur bijące tak mocnym blaskiem, obcy bezruch powietrza, obca pokryta płaskimi garbami równina, na której buty wydawały przy chodzeniu dziwny, suchy stukot…

Usiadłem na skrzydle samolotu, obracając w ręku nóż, patrzałem na niedaleki skraj równiny obrywającej się ku martwemu lasowi i rozważałem. Jeśli nie połączę się z towarzyszami do czterdziestu ośmiu godzin, zabraknie mi powietrza. Wtedy pomyślę, co z sobą zrobić. Na razie jednak mam tlen, żywność i samolot. Cóż więc począć? To, co jest moim obowiązkiem: badać planetę. Brzmi to nieźle — roztrząsałem dalej — ale co będzie, jeśli rakieta zjawi się, gdy będę daleko od samolotu? Zanim do niego dobiegnę, zniknie w chmurach, i przepadnie ostatnia, być może, szansa ocalenia. A więc siedzieć na skrzydle samolotu i oczekiwać wybawienia? Mój szef w centralnej służbie lotniczej miał ulubione pytanie, które stawiał zwykle nowicjuszom: co ma zrobić pilot w razie przymusowego lądowania na bezludziu, w górach albo na pustyni? Wszystko, co możliwe — brzmiała odpowiedź. — A potem, jeśli tego mało? — Potem to, co jest niemożliwe! — Być może, brzmi to trochę prostacko i naiwnie, lecz jeden z moich kolegów wyszedł z lotnych piasków, w których rozbił maszynę pocztową, po pięciodniowym marszu, bez kropli wody w ustach, choć uczeni twierdzą, że człowiek umiera bez wody wcześniej. Kiedy go pytano, o czym myślał idąc, zacytował powiedzenie naszego szefa.