Historię tę przypomniałem sobie w porę. Należało wziąć pod uwagę rozmaite czynniki — najważniejszy był fakt, że planeta jest zamieszkała. Czy nie jest ogromną lekkomyślnością zostawić samolot bez opieki? Jest, oczywiście, że jest, ale cóż innego zrobić? Wskoczyłem raz jeszcze na skrzydło, wziąłem z kabiny mały miotacz promieni, stożkowaty aparat z szeroką rękojeścią, przewiesiłem go sobie przez ramię i poszedłem w stronę uskoku. Za chwilę znalazłem się nad jego brzegiem.

W dole, sięgając gdzieniegdzie szczytami poziomu, na którym stałem, wznosił się martwy las. Oko błądziło pośród krzaków o długich, lśniących pręcikach, wśród stożkowatych stalagmitów, jakichś mas wpółprzejrzystych, rozpłaszczonych wielkimi kłębami jak zwoje węży, brylastych sopli, najeżonych kolcami, podobnych do olbrzymich korali i polipów. Były to jakby sztucznie wyrzeźbione rośliny, które mróz maluje na szkle, pomnożone przez wszystkie barwy tęczy. Ich wierzchołki, błyskające załamywanym światłem, sprawiały złudzenie falującej powierzchni morza. Po pewnym czasie zauważyłem, że twory te nie były rozmieszczone zupełnie chaotycznie. Tu i ówdzie dawał się spostrzec pewien ład w ich ustawieniu. Niedaleko od mego punktu obserwacyjnego brzeg uskoku wznosił się o kilka metrów. Wszedłem na ów z jednej strony podcięty garb, żeby objąć wzrokiem większą przestrzeń. Jakieś trzysta metrów ode mnie w głębi martwego lasu znajdowało się obszerne wgłębienie. Okalające je mineralne żywopłoty były niższe od innych i posiadały kształty bardziej zaokrąglone. Sam środek wgłębienia zdawał się zupełnie gładki i otoczony pierściennym wałem, lecz nie mogłem stwierdzić tego na pewno, bo częściowo przesłaniały go szczyty bliższych drzew. Za to wyraźnie widziałem, że im dalej odbiegam wzrokiem od tego miejsca, tym wyższe i ostrzej rozgałęzione są martwe drzewa. Postanowiłem zejść na dół i obejrzeć je z bliska. Próg, którym kończyła się równina, urywał się wszędzie pionowo. Od poziomu martwego lasu dzieliło mnie nie więcej niż cztery metry. Zawahałem się. Tuż pode mną stały krystaliczne twory, lśniące czystym, nieruchomym blaskiem. Ciekawość przemogła. W ostatniej chwili, gdy opuszczałem się na rękach po stromej ścianie, przemknęło mi przez myśl, czy aby konstruktorzy skafandrów przewidzieli możliwość wykonywania w nich skoków, i odepchnąwszy się lekko, poleciałem w dół. Wylądowałem na rękach i nogach w głębokim przysiadzie. Odwróciłem się plecami do ściany progu. Przede mną stał martwy las.

Wyglądał teraz inaczej niż z wysoka. Doprawdy miał coś w rodzaju szklistych pni, rozszczepionych w górze na ostre odnogi. Wyżej i niżej, tuż nad głową i przy samym gruncie, sterczały iglice, obsypane drobniejszymi igiełkami, niby liście, niby rogi, a we wszystkich przelewały się i mieniły głębokie tęcze.

Przed zejściem wycelowałem żyrokompas na widoczne w oddali zagłębienie. Sprawdziwszy teraz kierunek, ruszyłem w głąb lasu, z trudem stawiając nogi w gęstwie chrupiących i zgrzytających przenikliwie odłamków. Podkute buty roztrzaskiwały szczątki fioletowych kryształów. Pnie martwych drzew posiadały budowę śrubową, jakby splecione z grubych szklanych lin. Wszystkie były prawoskrętne. Starałem się utrzymać kierunek, lecz przychodziło to niełatwo. Co kilka kroków spoglądałem na kompas. Parę razy ugrzązłem w zaciskających się szeregach wysokich „rogów jelenich” i musiałem wybierać inną drogę. Klucząc i kołując zbliżałem się jednak do celu; przekonywały mnie o tym ukazujące się obficie zaokrąglone i nadtopione kształty tworów mineralnych. Coraz mniej było promieni, iglic i szpad krystalicznych, pojawiały się za to migotliwe, tęczujące formy jak zastygłe wodotryski, wsparte o grunt znieruchomiałymi strumieniami grubości ramienia męskiego. Przeciskając się między nimi aż oczy mrużyłem od buchających blasków, nagłych roziskrzeń, łyśnięć i przyćmień. W gęstwinie zapalały się brylantowym trzepotaniem błękity, żółcie, fiolety i karminy. Czasem jakaś wypukła powierzchnia, świecąca z oddali szczerym srebrem, przy zbliżeniu gasła i stawała się matowa, jakby przyprószona popiołem. W pewnej chwili utknąłem w wąskim przejściu miedzy konarami zastygłej fontanny. Targnąłem się i przeszkoda pękła z dźwiękiem tak silnym, że się przeląkłem. Wydało mi się, że pękła pokrywa hełmu.

Dalej pnie rozpłaszczały się, pochylały ku ziemi, spajały ze sobą rozwiniętymi na wszystkie strony konarami, jakby je zgniotła niewidzialna siła. Od dłuższej chwili migały mi w oczach czerwonawe błyski. W ulewie bijących zewsząd barw nie zwróciłem na to zrazu uwagi sądząc, że to światła z zewnątrz załamują się w szklanym okienku hełmu, lecz nagle czerwony blask spotęgował się i zobaczyłem, że tryska z wnętrza hełmu. Nad ekranem radaru mieści się matowa kulka, wskaźnik aparatu wrażliwego na promieniowanie radioaktywne. Na Ziemi wchodziliśmy w skafandrach do komory doświadczalnej, w której środku stało naczynie ze sporą ilością silnego pierwiastka promieniotwórczego. Gdy się do niego podchodziło, w środku matowej kulki zaczynał się żarzyć czerwony punkt, który w miarę zbliżania się do źródła promieni rósł coraz bardziej jak rozdmuchiwany węgielek. Teraz wskaźnik nie żarzył się, lecz płonął niby olbrzymie, krwawe oko, wypełniając wnętrze hełmu rozsiana czerwienią. Przystanąłem. Blask stał się tak silny, że utrudniał patrzenie przez okienko hełmu. Panowało tu potężne promieniowanie; należało jak najszybciej wycofać się z niebezpiecznego miejsca. Poszedłem kilka kroków w bok, schylając głowę pod nawisłymi stalaktytami. Czerwony blask osłabł. Ruszyłem dalej, przekraczając skręcone jak korzenie żyły błyszczącej masy. Znowu się wzmógł. Miałem w kieszeni ręczny indykator radioaktywności, podobny do malutkiego pistoletu z samoświecącą skalą w miejscu, gdzie zwykły pistolet posiada kurek. Podniosłem lufę przyrządu. Martwy las nie był ustroniem tak idylicznym, jak się to mogło wydawać z daleka. Wskazówka aparatu tańczyła jak szalona, raz po raz przebiegając do końca skali i uderzając weń z taką siłą, jakby chciała złamać zagradzającą śrubkę.

Robiło mi się coraz goręcej, pot ciekł z czoła; nie było to spowodowane zdenerwowaniem, bo termometr wskazywał 68 stopni Celsjusza. Na dobrą sprawę należało zrezygnować z dalszej drogi. Wędrówka w takich warunkach mogła mnie drogo kosztować. Wiedziałem, że kombinezon nasycony jest substancją pochłaniającą promieniowanie, lecz był zbyt cienki, żeby stanowić dlań poważniejszą zaporę. Tu trzeba się było udać w ubiorze specjalnym, znacznie cięższym, opancerzonym blachą kameksową. Mieliśmy takie w Kosmokratorze. Gdy o tym pomyślałem, przyszła refleksja, że być może nigdy już nie zobaczę Kosmokratora, więc warto mimo wszystko iść dalej. Tymczasem obracałem się wkoło, kierując przed siebie lufę przyrządu. Promieniowanie rosło i opadało skokami. Zauważyłem, że jest najsilniejsze, kiedy zwracam przyrząd na błękitnawe, szklane pnie, grubsze i większe od innych, a stojące z dala od siebie, tak że naraz widziałem najwyżej dwa. Podszedłem do takiego pnia. Nie był zupełnie przejrzysty, jak mi się początkowo zdawało. Złudzenie to spowodowały odbite w powierzchni, poskracane i rozciągnięte obrazy otoczenia. Kiedy zbliżyłem doń głowę, czerwone światło wewnątrz hełmu zapłonęło gwałtownie, jakby to jakaś żywa istota ostrzegała mnie przed niebezpieczeństwem. Wewnątrz pnia pod warstwą przezroczystą biegł wąski pas, a raczej cylindryczna smuga nie ustalonej barwy, gdyż zależnie od kierunku spojrzenia raz stawała się czarnoruda, a raz — srebrzysta jak pęcherz powietrza pod wodą.

Pośpiesznie wycofałem się z tego miejsca. Czerwona kulka gasła powoli, wydając ciemnorubinowe żarzenie. Teraz, wiedząc już, czego mam unikać, poszedłem według wyznaczonego azymutu, starając się dużym łukiem omijać błękitnawe pnie. Niebawem znikły zupełnie, lecz mój „pistolet”, czulszy od czerwonej lampki, wciąż wskazywał, że cały grunt promieniuje, choć znacznie słabiej. Niebezpieczne jest nie tyle natężenie promieniowania, ile czas, przez jaki organizm jest wystawiony na jego działanie. Dlatego tarcza przyrządu jest, wyskalowana w jednostkach czasu. Odczytałem z niej, że w terenie, przez jaki teraz szedłem, mogę bez obawy złych następstw przebywać najwyżej pół godziny. Przyśpieszyłem więc kroku i rychło stanąłem przed kłębowiskiem form niepodobnym do niczego, co napotkałem dotąd.

Minerał pozlewał się w palczasto narosłe, strome wzniesienie, pokryte ogromnymi baniami i bąblami. Myślę, że podobnie wygląda piana z mydła pod silnym szkłem powiększającym. Niezwykłość tej masy powiększało jeszcze to, że w jej wnętrze wtopione było mrowie srebrnych kuleczek. Tak musiałby się przedstawiać rój owadów, zalany w locie falą płynnego bursztynu. Spróbowałem wspiąć się na szklane wzniesienie, lecz obsunąłem się natychmiast. Przez chwilę miałem wrażenie, że jestem w kraju z bajki: rycerz pod szklana górą. Począłem iść równolegle do zapory. Gdzieniegdzie podobna była do stężałej fali na pełnym morzu — wrażenie to potęgował rozwichrzony, frędzlasty grzbiet. Dostęp pod samą ścianą „fali” utrudniały istne kłębowiska niby szklanych ośmiornic, zespolonych wiszącymi w powietrzu ramionami, które miejscami odłupały się i zaścielały grunt wypukłymi odłamkami. Spróbowałem stłuc wielki pęcherz na zboczu, używając do tego podkutego buta. Trzasnął, ale kiedy postawiłem nogę na wyszczerbionej powierzchni i podniosłem się, resztka skorupy rozpadła się pod ciężarem na drobne szczerby, a ja znalazłem się z powrotem na dole. Powtórzyłem manewr w innym miejscu z takim samym skutkiem, przy czym kończyste odłamki omal nie rozcięły kombinezonu. Zrezygnowawszy z prób poszedłem dalej, zakręcając ku wschodowi, jak mnie o tym pouczył kompas, gdyż przezroczysta zapora ciągnęła się wielkim łukiem. Niebawem stanąłem przed wąską jak komin w skałach wnęką szklanego muru. W jego głębi świeciły nieprzeliczone miriady wtopionych srebrnych kuleczek. Pochłonięty dziwnym widokiem, zbliżyłem oczy do pionowej powierzchni przełomu, jakby gigantycznej szczeliny lodowca, i osłupiałem: z tamtej strony wychylał się ciemny potwór ze spiczastą głową i uszami rozłożonymi na kształt nietoperzowych skrzydeł. Dół jego ciała rozpływał się w mętnym obłoku. Cofnąłem się i zobaczyłem, że to moje własne odbicie zniekształcone krzywą powierzchnią.

Począłem szukać chwytów. Z największą trudnością, wyzyskując każdą wklęsłość, wspiąłem się na wybrzuszenie ściany. Coraz dotkliwiej odczuwałem nieznośny upał; niewiele pomogło elektryczne urządzenie chłodzące, wszyte w kombinezon, które włączyłem jeszcze przedtem. Balansowałem na końcach palców, starając się rozłożonymi rękami znaleźć coś w rodzaju chwytu. Dziwiło mnie wciąż rosnące tętno mego serca; pulsy dudniły coraz mocniej, mocniej i mocniej… ależ to nie było tętno!

Jednym susem znalazłem się na dole. Nie bacząc na ślizgające się pod butami odłamki, biegnę szukając, skąd da się ujrzeć całe niebo. Wysoko jaśnieje nieskalana, mleczna powłoka chmur. Powolne huczenie podnosi się, rośnie, zbliża. Pomiędzy warstwami obłoków prześwituje jak ciemna ryba obły, długi kształt: Kosmokrator!