Wołam, krzyczę do mikrofonu, równocześnie pędząc w stronę równiny, do samolotu! Obijam się boleśnie o zastygłe formy, padam na kolana, zrywam się i znowu wywołuję rakietę. Huczenie zmienia się. Pocisk opuszcza dziób i kładzie się w skręt. Zaczyna opisywać ciasną spiralę. Jego korpus, ciemny na białym tle, powiększa się. Zza sterów strzela słup ognia, jaśniejszego od chmur. Skaczę od jednego pnia do drugiego, wbiegam na nieprawdopodobne szklane mostki, przesadzam nieruchomo świecące złomy, a płynący z góry miarowy głos silników rośnie, przechodzi w ogłuszający łoskot i znowu oddala się, cichnie… Rakieta wciąż krąży schodząc na niebezpiecznie małą wysokość. Nie patrzę w jej stronę, muszę uskakiwać w bok przed kryształami sterczącymi w powietrzu jak szpady. Wtem drogę zamyka gęstwa szklanych żył, próbuje wziąć ją skokiem i odpadam, pot ścieka mi na oczy, nie mam już tchu, by wołać do mikrofonu — bryła jakaś usuwa mi się spod stóp, tracę równowagę, padam.

Zrywam się jak szalony, chcę na oślep rzucić się na przeszkodę, gdy tuż nad uchem rozlega się głos cichy, ironiczny:

— Spokojnie… pilocie!

To nie radio się odezwało. To głos we mnie, od którego nagle nieruchomieję. Nie ma tędy drogi. Muszę zawrócić. Znowu zaczynam biec i słyszę, jak słabnie dudnienie silników. Odwracam się, staję. Rakieta rozpływa się w chmurach jak widmo, głos silników przechodzi w niskie huczenie, coraz lżejsze i dalsze, jeszcze chwila — i nie dobiega już żaden dźwięk, żaden szmer, tylko mój zziajany oddech potęguje się w metalowym wnętrzu hełmu, słuchawki wciąż milczą, a wokoło świecą najpiękniejszymi barwami błękitne, złote, malinowe kryształy i jest cisza, zupełna cisza…

Siadam na płaskim odłamie i czekam… Czekam pięć minut, dziesięć, piętnaście. Obłoki płyną wciąż w jedną stronę; od wytężonego wpatrywania się w ich przenikliwą białość oczy zachodzą łzami, które ściekają po twarzy, i nie są to tylko łzy odruchowe…

To koniec — myślę i natychmiast odpowiada mi ten sam głos, co przedtem:

— A jeśli nawet, to cóż z tego? Dobrze!

Zaciskam szczęki, wstaję i idę. Zatrzymuję się, żeby spojrzeć na żyrokompas. Straciłem orientację w tym szalonym biegu. Radioaktywność jest tu nieco słabsza niż w pobliżu szklanej bariery — tylko czerwony punkt żarzy się w matowej kulce. Rozglądam się po otoczeniu. Stoję pośród wysokich, krzaczastych kryształów. Jeden jest obalony w bok i na jego nierównej graniastej powierzchni pośród fioletowo — krwistych krawędzi leży srebrna kuleczka — takie widziałem przedtem, wtopione w głąb szklanego masywu. Przypatruję się jej. Wygląda jak odlana ze srebrnego metalu, przypłaszczona kropla, nie większa od ziarna grochu. Zwróciła moją uwagę, bo nie leży na powierzchni krystalicznego krzaka, lecz jest jakby zawieszona kilka milimetrów nad nią. Zbliżam się i staje jak wryty. Srebrne ziarno drgnęło. Z\vraca się ku mnie zaostrzonym końcem, w którym błyska iskierka — nie, nie, to wysuwa się z niej cienki jak włos drucik. Zarazem w moich słuchawkach rozlega się przerywany, krótki dźwięk. Z zapartym tchem wpatruję się w srebrną okruszynę. Stoi na ledwo widocznej spiralce, która rozciąga się i skraca. Ruch ten staje się coraz żywszy.

Cofam się odruchowo. Stworzonko jakby osiada na kamieniu. Zbliżam się — i ono się rusza; a w słuchawkach brzmi wysoki ton.

A więc jednak tamci mieli racje — przelatuje mi przez głowę w potoku bezładnie zmieszanych myśli. — Metalowe mrówki! Metalowe mrówki!