Wyciągnąłem rękę, żeby wziąć stworzonko, i zatrzymałem się. Przecież to, mimo nikłych rozmiarów, jedna z tych istot, które osiemdziesiąt lat temu zbudowały pocisk międzyplanetarny. Będzie się więc bronić — może jakimś śmiertelnym promieniowaniem? Spojrzałem na wskaźnik radioaktywności. Promieniowanie nie wzrasta. Zacząłem obchodzić stworzonko ze wszech stron i zauważyłem rzecz bardzo dziwną. Ilekroć odwracałem od niego głowę, martwiało i trwało nieruchomo jak kropla zastygłego metalu. Kiedy zaś patrzałem wprost na nie, zaczynało drgać, zwracało się ku mnie ostrym końcem, z którego wysuwał się drucik, a w słuchawkach rozbrzmiewały urywane dźwięki. Powtarzały się, wciąż takie same. Cóż to miało znaczyć? Czy chciało mi w ten sposób coś zakomunikować? A tamte, zastygłe w szklistej masie, czy były martwe? Stałem zupełnie bezradny. Gdybyż mieć w tej chwili u boku kogoś z towarzyszy! Do wściekłości doprowadzało mnie, że tak bardzo niczego nie rozumiem. Wyciągnąłem składany nóż i położyłem go tuż przy stworzonku. Zdawało się nie zwracać na to uwagi. Odwróciłem głowę i zerknąłem kątem oka. Znieruchomiało. Oddaliłem się na kilka kroków. Ani drgnęło. Zacząłem się zbliżać nie spuszczając go z oczu. Wysunęło swój błyszczący drucik, spiralki zadrgały i w słuchawkach rozległ się dźwięk.
Pal to diabli!
Wyciągnąłem rękę — pisk w słuchawkach nasilił się. Mimo to wziąłem je w palce. Nic się nie stało. Trzymałem je tuż przy szybce hełmu: ton w słuchawkach wzmógł się. Czyżby wyrażało w ten sposób swoje niezadowolenie?
Wydobyłem z kieszeni płaskie, metalowe pudełko i wrzuciłem stworzonko do środka. Brzęknęło. Było niewątpliwie z metalu. Zatrzasnąłem pokrywkę. Pisk w słuchawkach od razu ustał — to przynajmniej rozumiałem: metalowe ścianki pudełka nie przepuszczały fal elektromagnetycznych. Z uczuciem, że niosę w kieszeni coś w rodzaju nastawionej na niewiadomą godzinę bomby zegarowej, ruszyłem w drogę powrotną. Po dwudziestu minutach byłem przy samolocie, przede wszystkim zasiadłem przy radioodbiorniku. Eter był jednak pusty — dochodziły tylko gęste, bliskie trzaski. Od lądowania upłynęły cztery godziny. Odczuwałem głód: usiadłem więc w kabinie i już miałem ją zamknąć, kiedy raz jeszcze zachciało mi się spojrzeć na mieszkańca Wenery. Otworzyłem pudełko. Gdy tylko zajrzałem do środka, stworzonko drgnęło i wysunęło z siebie drucik jak przedtem, a w słuchawkach zabrzmiały urywane sygnały. Sam nie wiem dobrze, czemu (jest to wstydliwe miejsce moich wspomnień) nie miałem ochoty spożyć posiłku, że tak powiem, „pod jego okiem”. Położyłem więc pudełko na skrzydle samolotu, zamknąłem się w kabinie i, oczyściwszy ją z trującej atmosfery przez przedmuchanie sprężonym tlenem z butli, zabrałem się do zapasów. Jadłem w najlepsze, gdy z oddali przypłynął powolny ton, rozbrzmiewający chwilami jaśniej i znowu cichnący. Dobiegał ze znacznej wysokości. Ależ tak, to był Kosmokrator!
Zrzuciłem z kolan otwartą paczkę i spojrzałem w górę, równocześnie włączając kontakt. Silnik natychmiast zapalił. Nic nie widziałem, lecz równomierne huczenie potęgowało się z każdą sekundą. Wtem oślepiająco biała pokrywa chmur rozstępuje się i na jej tło wypływa rakieta. Krzycząc do mikrofonu, daję pełny gaz. Mam wrażenie, że nieskończoność upływa, a samolot wciąż jeszcze nie odrywa się od ziemi. Nareszcie! Ciągnę w górę stromo, jak tylko mogę, o włos od ześlizgu. Mimo to dopiero zaczynam się wznosić, a Kosmokrator, przeleciawszy bokiem, jest już daleko. Jeszcze chwila i zniknie w chmurach. Rozszerzonymi oczami wpatruję się w rakietą. Sunie po niebie prostą linią; chmury kłębią się i wirują trafiając w strumienie gazów odrzutowych. W słuchawkach wciąż tylko rzadkie trzaski. Kurczowo zaciskam ręce na sterach. Motor daje z siebie wszystko. Na próżno. Kosmokrator maleje, rozpływa się w mlecznych kłębach pary — chwila, raz jeszcze prześwituje ciemno przez obłoki i znika. Niemal w tej samej chwili w słuchawkach rozlega się dźwięk, jaki wydaje odgięta elastyczna blaszka, i w słuch uderza naraz strumień głosów, krótkie, przerywane sygnały wywoławcze rakiety, brzęczenie prądu i głos Sołtyka, tak wyraźny i czysty, jakby mówił do mnie z odległości dwu kroków:
— Po której stronie jest mniejsze promieniowanie?
— Po lewej — odpowiada Arseniew. — Jest tego jakieś osiem kilometrów.
— Inżynierze Sołtyk! — krzyczę tak głośno, aż dzwoni mi w uszach. — Uwaga. Kosmokrator!
— Jest, jest! — woła Arseniew. Bliższy głos Sołtyka napełnia całą kabinę:
— Pilocie! Słyszę pana! Pilocie! Co z panem?