— Wszystko w porządku.
Ogarnia mnie nagła ulga. Muszę wziąć się w garść, żeby dodać:
— Mam dwa tysiące metrów. Idę za wami. I tonem możliwie obojętnym donoszę:
— Odkryłem niezłe miejsce do lądowania.
— Diabli z miejscem do lądowania! — woła Sołtyk. — Człowieku, gdzieżeś się pan podziewał?!
W pierwszej chwili nie wiem, co odpowiedzieć, tymczasem on przechodzi już na ton oficjalny:
— Czy podać panu kurs?
— Nie trzeba, leżę na waszym pelengu.
— Słuchaj pan, pilocie — woła Sołtyk, jakby naraz przypomniał sobie coś ważnego — uwaga na żyrokompas! Jest pan jakieś sześć kilometrów za nami — nie przetnij pan czasem ósmego stopnia! Lepiej trzymać się dalej, tak z pół minuty na wschód!
— Dlaczego?