— Tam jest ten przeklęty las radioaktywny!
— Las radioaktywny? — powtarzam patrząc na swój kompas. — I cóż z tego?
— Gasi fale radiowe!
— Gasi fale…?
Mam ochotę uderzyć się mocno w czoło. Ależ ze mnie idiota! Nad lasem musi przecież leżeć gruba warstwa zjonizowanego powietrza. Oczywiście, że cała ta przestrzeń jest niedostępna dla fal radiowych. I ja, osioł, nie pomyślałem o tym. Osioł! osioł! — powtarzam sobie pytając równocześnie Sołtyka:
— Dlaczego krążyliście przedtem nad lasem? Jakąś godzinę, może półtorej godziny temu?
— Pan nas widział?’ — woła Sołtyk. — Pan tam był?! — A nie mówiłem?! — zwraca się do kogoś. Potem znów do mnie:
— Słyszałem peleng samolotu, kiedyśmy tamtędy przelatywali. Wywoływałem pana, krążyliśmy przez kwadrans, ale odbiór jest tam tak fatalny, że nic nie było słychać, i myślałem, że się omyliłem.
— Nie omylił się pan… — mówię ciszej, jakby do siebie. Rozumiem już wszystko. Przez cały czas radio pokładowe nadawało automatyczne sygnały, także i wtedy, gdy błąkałem się po martwym lesie, a że samolot stał opodal, zapewne na granicy strefy zjonłzowanej, Sołtyk usłyszał sygnały i dlatego rakieta krążyła nad równiną… Jedno jest tylko niejasne:
— Czy widzieliście samolot? — pytam.